CZTERY KÓŁKA DO METY - AST WINTER TROPHY

sty 12, 21:12

Na start na AST umówiłam się z Grześkiem Łuczko z pk4.pl już w listopadzie. Obiecywaliśmy sobie kawał ciekawej nawigacji i pobiegawkę na rakietach. Im bliżej zawodów, tym częściej Grzesiek okazywał entuzjazm z powodu dobrej formy biegowej, a ja trenowałam sobie spokojnie, ze zmiennym szczęściem…

Na Turbacz docieramy z Grześkiem późnym wieczorem w piątek, z Beti i Tomkiem (Nieznani Sprawcy), którzy zabierają nas z Krakowa. Do plecaków mamy przytroczone wypożyczone rakiety, jednak śniegu jest zaskakująco mało i wygląda na nierakietowy. Testujemy go po drodze, sprawdzając konsystencję po obu stronach szlaku i na różnych wysokościach. Nawet pod samym Turbaczem sięga ledwie do kolan, rakiety nie mają sensu. Szkoda, chcieliśmy potraktować ten start treningowo, Grzesiek już miał do czynienia z rakietami, ale ja jeszcze nie. Poza tym śnieżna i mroźna zima to ładne widoki, przejrzyste powietrze, zupełnie inny klimat. Tymczasem przez całą noc kropi deszcz. To powoduje zbicie zalegającego śniegu i rozmoczenie wydeptanych szlaków. W tym czasie na nizinach zaczynają się śnieżyce trwające przez cały weekend, ale nam trudno uwierzyć w te wieści w obliczu takiej odwilży i paćki.

Godzinę przed startem dostajemy mapy. Formuła rogainingu wymusza szybkie obudzenie się z rana i wymyślenie czegoś sensownego. Ślęcząc nad mapą jemy śniadanie. Trudno się zdecydować, punktów jest aż 17, każdy ma inną wagę, liczymy poziomice, liczymy kilometry, właściwie okazuje się, że wszystkie warianty wychodzą podobnie… Co robić? Decydujemy się na wariant zachodni – więcej tu ścieżek niż na wschodzie, nawigacja może okazać się łatwiejsza, całość jest dla nas nie do zrobienia, więc musimy coś wybrać. Końcówkę planujemy w taki sposób, by można było trasę lekko skrócić lub wydłużyć, w zależności od tego, czy będzie nas gonił limit. Wszystko to zaznaczamy pomarańczowym markerem na mapach.

Gdy pada sygnał startu, ponad setka zawodników rozbiega się w różne strony. Początkowo jeszcze biegniemy w większej grupie, która zaczyna się przerzedzać już w okolicach pierwszego pk. Szybko go podbijamy i już lecimy drogą dobrym tempem na kolejne (16, 13 i 14, jeśli to kogoś ciekawi), przeskakując kałuże, strumienie, a od czasu do czasu przechodząc po lodzie, który jeszcze się trzyma. Dobrze, że mamy kijki, w tych warunkach pozwalają nie “złapać zająca”. Żałuję, że Salomony z lepszym bieżnikiem zostały przypadkowo w Krakowie, te, w których biegnę prawie nie mają bieżnika. Śnieżna breja atakuje buty, wciskając się do środka, pomimo stuptutów. Pada mżawka, dalsze grzbiety giną we mgle. Na podejściach Grzesiek mnie holuje, ciągnie naprawdę mocno i zastanawiam się, na ile wystarczy mu sił. Przy pk15 wychodzi słońce, my akurat zbiegamy w dół po dobrym podłożu, a że zjedliśmy wcześniej batoniki, to robi nam się naprawdę wesoło. Szybko przebiegamy przez wioski, w których nasza zielona linka holownicza wzbudza zaciekawienie miejscowych. Szosą płynie woda, w orzeźwiający sposób chlapiąc nam na łydki, nieco już sfatygowane pierwszą połową trasy.

Pk10 zaliczamy stosując może niezbyt piękną metodę tropienia, jednak drogi nie do końca grają tu z mapą i zniosło nas zbyt daleko, a trudno zupełnie zignorować wydeptaną w śniegu autostradę. Potem zapędzamy się jeszcze szybciej wgłąb dolinki, zbyt szybko docieramy do jej końca, kompletnie zakręceni spotykamy Justynę i Łukasza (Navigator Raidlight), którzy biegną w przeciwną stronę, ale po ten sam punkt… (Później okaże się, że Łukasz uległ poważnej kontuzji na tych zawodach, łamiąc nogę). Szybko zawracamy i kawałek dalej rzeczywiście wpadamy za nimi na właściwą polankę z domkami. Kolejny punkt (pk8) przy szlaku idzie jak z płatka, niestety przed nami nasz największy babol w czasie tych zawodów. Po bezsensownym kręceniu się po lesie rezygnujemy z pk6, wycinamy przez las w kierunku, w którym powinien przebiegać czarny szlak. Limit zaczyna nas gonić… Wpadamy na szlak, jesteśmy już bardzo wysoko, mgła taka, że nic nie widać. Wypatrujemy punktów charakterystycznych, żeby określić, gdzie dokładnie jesteśmy, bo na metę wpadniemy prawdopodobnie na styk, o ile nie spóźnieni. Jeszcze jest szansa zaliczyć położone blisko szlaku pk5 i pk1.

Całą końcówkę zapamiętam na długo, kilkukilometrowy finisz pod górę oczywiście, na którym okazało się, że Grzesiek ma jeszcze mnóstwo siły do holowania. Wbijam kijki w śnieg, próbując choć trochę wykorzystać ręce. Gonimy za jakąś mocną ekipą MM. W pewnym momencie Grzesiek mówi, że zostało nam 800 m. Szybko przeliczam to na nasze krótkie wioskowe stadiony. Cztery kółka do mety! Jęczę i marudzę, ale zgodnie z umową Grzesiek nie zwraca na to uwagi. Tylko dzięki niemu lądujemy w schronisku na 6 minut przed limitem, więc unikamy kary czasowej. Ledwo żyję, prawie mnie zajechał, jednak jestem mu wdzięczna za motywację i pomoc na tym szalonym finiszu, bo przecież o to chodzi w zawodach, żeby dać z siebie wszystko.

Wieczór upływa pod znakiem uzupełniania glikogenu oraz kontaktów towarzyskich. W dwudniowych zawodach fajne jest właśnie to, że towarzystwo nie ucieka zaraz do domu, tylko można spokojnie pogadać i pożartować ze swoich wariantów. Michał K. opowiada anegdotki, Michał J., “pastor diety optymalnej” wygłasza kazania o szkodliwości jedzenia owoców, w międzyczasie oglądamy filmy z zeszłorocznych rakiet i z GEZnO, odbywa się także licytacja na WOŚP, leje się piwo i latają mapy. Okazuje się, że Maciek i Michał (Nieznani Sprawcy/Squad) jako jedyni zaliczyli wszystkie punkty, jednak przekroczyli limit i zostali zdyskwalifikowani. Szkoda, na pocieszenie dostają upominki od orgów.

Drugi dzień zaczyna się ciekawie. Pada lepki i mokry śnieg, wielki płaty ciężko spadają i zawsze jakiś wpadnie za kołnierz… Zaczynamy podobnie jak poprzedniego dnia, lecimy na zachód szlakiem. Początkowo chcieliśmy zgarnąć dwa skrajnie północne punkty, jednak przemyśleliśmy sprawę i nie będąc pewni fizycznej formy lecimy na bezpieczniejszy wariant. Odległości pomiędzy tamtymi punktami są bowiem duże i sporo przewyższeń, choć oba dobrze punktowane. Trudno, mamy zaplanowany jakiś wariant i najwyżej w trakcie będziemy go modyfikować. Trochę czuć w nogach poprzedni dzień, w którym jak się okazało, zrobiliśmy 39 km. Ile wyjdzie dziś? Tempo mamy na pewno trochę niższe. Jednak wszystkie odcinki w dół i po płaskim staramy się biec, może nie jakoś szybko, jednak biec. Wykorzystuję przy tym potencjał kijków, choć ręce bolą po pierwszym dniu. W butach mokro, dookoła paskudne mgły.

Na Bukowinę Obidowską pakujemy się prawie pionową rynną w lesie. To na pewno nie droga, którą mieliśmy iść, zresztą zaraz wpadamy w jakieś młodniki i “droga” się kończy. Inspekcje upraw leśnych robimy jeszcze kilka razy. Na przelocie z pk9 na pk10 gonimy ekipę Zgórmysynów, na pk10 chcą nas zjeść ładne, białe, ale za to duże pieski. Potem lecimy na grzbiet, na Hrube, mając niejaką satysfakcję z wyboru wariantu, którym nikt jeszcze nie szedł, co wydaje się mało możliwe, a jednak. Na śniegu przed nami nareszcie nie ma żadnych śladów! Koło pk3 zamiast pójść jakimiś drogami, znów przedzieramy się przez zbite świerczki… Ubranie przemaka, jestem głodna, brakuje mi już sił, wbiłam sobie gałąź w piszczel i popłakuję z cicha wlokąc się za Grześkiem na holu.

Jednak Grzesiek wyciąga mapę, liczy, liczy i mówi, że powinniśmy zdążyć w limicie na pk1, położony na innym grzbiecie, odchodzącym od naszego. Znowu trzeba podjąć decyzję – czy ryzykujemy i w jaki sposób zrobić przelot – przez dolinę czy grzbietem? Grzesiek upiera się lecieć naokoło, nie chce ryzykować schodzenia na azymut i zgubienia się w lesie, podczas gdy do limitu zostało około godziny. Z perspektywy widzę, że miał rację, chociaż wtedy każdy kilometr wydawał mi się niepotrzebnym, zbędnym wysiłkiem. Dzięki temu wariantowi jednak byliśmy prawie cały czas na jednej wysokości, niewiele podchodząc i schodząc. Punkt udało się podbić, przed nami jeszcze około 3 km finiszu pod górę. Powtórzyła się sytuacja z etapu pierwszego, szybka końcówka z ciągłym kontrolowaniem czasu, tym razem jednak poszło lepiej, bo przyszliśmy aż 10 minut przed limitem. Wyszło 29 km.

Ostatecznie zajęliśmy 5 miejsce w kategorii MIX, pierwszego dnia zaliczając 55 punktów wagowych ze 100 możliwych, a drugiego 52 z 75. Zjedliśmy tradycyjnie wszystkie batony, które zabraliśmy i przemoczyliśmy mnóstwo ubrań. Dziękuję konkurencji, zwłaszcza tej bezpośredniej (Zgórmysyny i Nieznani Sprawcy), za motywację do ścigania, organizatorom za całokształt, w tym arcyciekawą trasę z zagwozdką, last but not least Grześkowi za niewyczerpane morze cierpliwości, dobrą nawigację i hol.

Strona zawodów
Relacja Grześka na pk4.pl

Autor: Ula
Zdjęcia: Grzegorz Stodolny/magazyn npm
Zdjęcie 1: Na mecie etapu 1 z dziewczynami z Niezłej Korby, Łucją i Natalią.
Zdjęcie 2: Maciek i Michał znikający we mgle…

ula

---

Skomentuj

  1. Fajna relacja i ładny wynik. Jeszcze raz gratuluję Ula.

    Mam pytanie co do liny: jak to wygląda? to jakakolwiek lina, rozciągliwa guma czy coś sztywnego?

    Michał J. – “pastor diety optymalnej” świetne określenie :) Zdaje się że jednym z Jego gorliwych “wyznawców” jest niejaki Maciek W. :) Pamiętam jak jadąc na Skorpiona też wysłuchałem “kazań” pastora:) Wtedy podchodziłem jeszcze sceptycznie ale zdaje się, że pastor Michał ma sporo racji. Świadczą o tym Jego znakomite wyniki.

    Paweł · sty 15, 17:55 · #

  2. Dzięki, Paweł!
    Hol to rozciągliwa gumka, coś takiego jak samochodowy espander do bagażnika, tylko cieńsza. Do kupienia w sklepach dla majsterkowiczów, na metry. To jakaś groszowa sprawa. Do tego dwa małe karabinki, takie jak do kluczy, z tym że preferuję raczej dobrej jakości (te do kluczy potrafią się rozgiąć pod wpływem większej siły). Oczywiście tu działa siła statyczna, nie jakaś olbrzymia, ale warto mieć i dobre węzły przy karabinkach, i gumkę dobrą, i karabinki. Przypadkowe oberwanie tym holem nie byłoby zbyt przyjemne…

    Co do diety, to się nie wypowiadam. Myślę, że jest jednym ze składników sukcesu w sporcie, bo w końcu jesteśmy tym, co jemy, jednak dieta to nie wszystko. Każdemu może służyć co innego, więc warto organizmu słuchać. Może nie bezkrytycznie (jak np. zachce się komuś wciągnąć nocą paczkę chipsów), ale jednak słuchać. A wiedza też nie zaszkodzi.

    — Ula · sty 15, 22:35 · #

  3. Ula, zrobisz wywiad z Maćkiem ? Wypytaj go o wszystko, co pił, jadł, jak sie ubrał, czy biegł w opasce tylko, czy plecak miał i co w nim ?

    Pozdr..
    Maciej

    — Maciej · sty 17, 09:57 · #

  4. Mam obiecaną rozmowę na ten temat! Może jakiś mini-wywiadzik zrobię ;)

    — Ula · sty 17, 21:29 · #

  5. Super. Maciek był bardzo lekko ubrany…. jak dla mnie. Bez czapki. Luźna wierzchnia bluza (nie przylegajaca do ciała, a więc słabo trzymająca ciepło. Czy on jest członkiem Klubu Morsów ? Pozdrów go ode mnie. Jego zdjęcie wisi u mnie od dzisiaj na ścianie. Mój nowy hero ;-) No i Leszek. Ile on setek już zrobił, matko moja. Kosmici, wszyscy kosmici.
    PS. Ja,a może też reszta NK,może spróbujemy wystartować w Skorpionie. 50 km na początek.

    — Maciej · sty 17, 22:35 · #

  6. “pastor diety”
    Posłuchajcie Go a zrozumiecie że tak naprawdę to nie lubicie bananów ;-)
    Grono wyznawców pastora się powiększa – na najbliższej imprezie testuję smalczyk zamiast batoników :-),

    — tado · sty 18, 21:35 · #

  7. Wywiad z Maćkiem gotowy, zamieściliśmy na http://pk4.pl/2010/01/20/wywiad-maciej-wiecek/

    — Ula · sty 20, 10:37 · #

  8. Ula dziękuję za gratulacje, udało się z tym Ełkiem ale powiem masakra to była. Gdybym szedł sam a nie w parze z Wojtkiem (Burzą) to pewnie byłoby gorzej. Za to kijki trekingowe mieliśmy profesjonalnie wycięte z leszczyny w lesie:) niech się schowają wszystkie Leki i Gebele:)

    — DarekPTR · sty 22, 14:09 · #

 
---