GEZnO DLA KOZAKÓW

lis 11, 15:43

Podczas gdy na nizinach ciągle jeszcze padają deszcze, w górach już tyle śniegu, że można by ulepić niejednego bałwana. W miniony weekend wybrałam się z Tomkiem z Nieznanych Sprawców na Pilsko, by powalczyć na kolejnej imprezie Compassu – Górskich Ekstremalnych Zawodach na Orientację.

DZIEŃ PIERWSZY

Słyszę warkot silnika. Ech, ci paparazzi. Szybki wywiad na tle drewnianego szałasu. “Jak warunki? Ciężko jest?”. Odpowiadam rezolutnie, że jest super, lekko i zaskakująco mało śniegu.
Przed nami dopiero pierwszy punkt, a już chlupie w butach. Mokry śnieg w sobie wiadomy sposób zawsze ominie jakoś stuptuty i powpada do butów. W lesie Tomek pokazuje mi jakiegoś grzyba: “Masz być taka jak on! Kozak!”* Jest nieźle, myślę sobie. To dopiero początek, a my już cięliśmy na azymut przed jakieś poręby, zapadając się co chwilę po kolana w śnieg, przedzierając przez leżące pnie i próbując nie złamać sobie nogi ani niczego innego. Bardzo szybko odkrywamy też, że wybraliśmy lekko bezsensowny wariant, dzięki któremu nadłożymy kilka kilometrów (warto jednak zauważyć mały progres – tym razem nie spóźniliśmy się na start!).
Optymizm Tomka nie zna jednak żadnych granic i jest niczym wańka-wstańka. Pogoda jest pochmurna, lecz nie pada, mamy batony i magiczne napoje, a kiepski wariant jakoś nadrobimy “mocą naszej nawigacji”.
Najlepiej byłoby w tej chwili pobiec z powrotem szlakiem przez schronisko na Hali Miziowej, z którego dopiero co wyruszyliśmy. Jednak zacięcie nawigacyjne jeszcze się w nas tli i próbujemy wariantów przez las. Mam wrażenie, że jesteśmy sami na trasie – prawie nikogo nie spotykamy. Nagle Tomek wymyśla skrót po zboczu o nachylenie 45°, w dodatku używamy na nim holu. Po dorzuceniu kolejnego punktu do kolekcji robimy niezły wariant w stronę granicy. Niezły, hmm… Lądujemy kilkadziesiąt metrów od punktu 5, niestety następuje mała różnica zdań i cała seria niespodziewanych zdarzeń, po których zostaję na trasie: 1) sama, 2) bez zegarka, 3) bez telefonu, 4) nie mając zielonego pojęcia, gdzie właściwie jest Tomek… Jednym słowem – pogubiliśmy się! Jeszcze chwilę kręcę się po okolicy, nawołuję i gwiżdżę (odkrywając zalety małego śmiesznego gwizdka przy pasie piersiowym plecaka), po czym robię w myślach przegląd ekwipunku i postanawiam kontynuować trasę samotnie, kasując punkty na mapie. Oczywiście zostaniemy zdyskwalifikowani jako zespół, ale nie po to jadę pół Polski, żeby wracać do bazy zaraz po starcie!
Na granicznym szlaku spotykam mixową ekipę Entre, dzięki której uruchamiam łańcuszek telefonów, niestety bez zwrotnej informacji. Od kolejnych zawodników dowiaduję się, że “samotny chłopak w czerwonej bluzie i żółtym buffie” dopiero co podchodził na przełęcz. A więc Tomek jest przede mną! Zaczynam biec, nie dbając już o to, by ominąć kałuże czy krzaki jeżyn. Woda rozpryskuje się naokoło, chłostają mnie gałęzie, od czasu do czasu nawołuję, ale głos ginie w zaroślach. Wreszcie docieram do przełęczy – mam farta, bo Tomek właśnie podbił punkt i zastanawiał się czy ruszyć dalej! Następuje radosna scena niczym z wenezuelskiej telenoweli, nie trwa jednak długo, bo nie ma czasu do stracenia. Po tamtej stronie granicy czeka nas najciekawsza część trasy – mało dróg, sporo przewyższeń, o wiele więcej śniegu, dłuższe przeloty, a wszystko to pod presją nieubłaganie zbliżającego się limitu.
Przy jednym z punktów w widłach strumieni doganiam Tomka, który dużo szybciej potrafi i zbiegać, i podchodzić. Tomek poprawia coś przy stuptutach. “Podbiłeś punkt?”, pytam. “Nie, to jeszcze nie tu”. Tuż za nim z gałęzi zwisa lampion… Po chwili pojawia się młoda ekipa podchodząca z dołu i mija nas. “Nie podbijacie punktu?”, pytam. “O, faktycznie, a byliśmy tu już dwa razy!”.
Teren przypomina trochę to, z czym mierzyliśmy się zimą na Skorpionie. W głęboko wciętych dolinkach mnóstwo śniegu, strome podejścia. Pół godziny później klnę straszliwie wpadając co chwilę po kolana w śnieg i próbując wydostać się z plątaniny kosówki. Jesteśmy tuż pod Pilskiem, a we mgle nie widać końca tych zarośli. Powoli nadchodzi zmierzch, chcielibyśmy ostatni punkt znaleźć póki jasno. W końcu kosówka odpuszcza, na skraju normalnego drzewostanu chce mi się skakać z radości. Przed nami najładniejszy odcinek dzisiejszego dnia, bajkowy las, przez który mkniemy po mchach i płatach śniegu, opijając się wodą ze strumienia.
Końcówka jest szybka – wdrapujemy się na graniczny grzbiet, na którym cieszymy się jak dzieci. Podczas biegu do schroniska wraca mi czucie w palcach stóp, a na samym końcu jeszcze ślizgamy się po rozmarzniętym w ciągu dnia błocie.
W schronisku okazuje się, że z naszej ekipy zamarudziliśmy najdłużej. Pierwsi wrócili Beti z Mateuszem i Edim (jedynym psem w stawce) z trasy rekreacyjnej. Edi tak rwał się do nawigowania, że w którymś momencie udało mu się rozgryźć kompas, z którego wylała się naftopodobna ciecz, dzięki czemu część ekwipunku Beti nabrała nowego, niezapomnianego zapachu. Są też Michał i Maciek, którzy zastosowali równie dziwny wariant jak my, tym samym przekreślając swoje szanse na pudło. Obie ekipy Niezłej Korby wracają, ale bez kompletu punktów (za co dostają niestety kary czasowe). Żałujemy wszyscy zmarnowanych minut, jednak po wielkim półmisku pierogów, przydziałowym piwie od organizatora oraz serii napierackich filmów wraca nam optymizm i chęć ścigania.

DZIEŃ DRUGI

Niedzielny etap, zgodnie z przewidywaniami, okazał się krótki i szybki. Z samego rana zaskakują nas warunki – cieniutka, niewidoczna warstewka lodu na kamieniach. Tomek zalicza glebę, uszkadzjąc lekko dłoń. Na leśnym szlaku biegniemy ostrożnie, ale i tak wyprzedzamy kilka ekip i udaje nam się dogonić mixowy team Niezłej Korby – Łucję i Olka. Przez wczorajsze kary czasowe nie mogą nam zagrozić w ogólnej klasyfikacji, jednak pamiętam finisz z Olsztynka i postanawiam, że nie damy się wyprzedzić. Dogania nas druga, męska ekipa Niezłej Korby i wspólnie atakujemy kolejne punkty, zbiegając razem aż do Korbielowa, gdzie Janek z Arusem mkną dalej swoim wariantem, a my zostajemy w czwórkę. Po drodze widzimy rekreacyjną ekipę Beti, która nas jednak nie rozpoznaje i daje dyla przez jakieś młodniki. Tempo mamy niezłe, nikt nie odpuszcza. Dopiero trzy punkty dalej udaje nam się urwać i utrzymać jako taką przewagę. Warianty są szybkie i proste, a warunki bardzo dobre – jesteśmy nisko, nie ma tu prawie śniegu, a zza chmur od czasu do czasu wygląda Słońce. Ostatni odcinek prowadzi oczywiście w górę, w końcu baza zawodów jest pod samym Pilskiem. Prawie biegniemy, Tomek holuje mnie z siłą konia, a ja zastanawiam się, jak bardzo musiał się nudzić na tych zawodach przemieszczając moim tempem…
Na metę tego etapu docieramy po 4 h i 9 minutach (tych minut niestety nie udało się urwać), jako piąty zespół mix, podobnie jak poprzedniego dnia. Jesteśmy zadowoleni z wyniku, choć oczywiście, jak zwykle, mogło być lepiej… Wrócimy za rok! A na razie – może rakiety w styczniu?

*Tak naprawdę nie był to kozak, ale raczej coś w rodzaju zasuszonego maślaka, tak małego, że nawet średniej wielkości chrabąszcz nie schroniłby się pod nim przed deszczem.

Autor: Ula

Strona zawodów
ula

---

Skomentuj

 
---