DZIEŃ 1
Pierwszego dnia ruszamy na scorelauf – 12 pk do zaliczenia. Jako że wystartowaliśmy dając konkurencji 30-minutowe fory, nikt nie siedzi nam na ogonie i możemy spokojnie realizować najśmielsze i najśmieszniejsze nawet warianty. Do czego przystępujemy ochoczo i z werwą. O dziwo, przy pierwszym zaliczanym punkcie (pk5) już spotykamy jakieś towarzystwo – ale nadjechało z przeciwnej strony. Lekkomyślnie tracimy wysokość, pędząc asfaltem do Marcówki (ładna nazwa), po czym wspinamy się na Lipową Górę do pk6, który ukryty jest w chaszczach, ale udaje mi się wypatrzyć go tajną metodą, której nie zdradzę, ale stosuję czasem przy szukaniu grzybów.
Na podjazdach przypieka nas słońce, leje się pot. Na zjazdach przy 60 km/h robi się zimno… To w dół, to w górę, po lasach, polach i wioskach próbujemy rozkminić mnogość poziomic i skorygować jakoś nonszalanckie wstępne warianty. Szybko teren zaczyna wzbudzać nasz respekt i zaczynamy liczyć warstwice. Tomek nadaje tempo. Podziwiam jego technikę – nie ma spd, tylko platformy i naprawdę nieźle sobie radzi na zjazdach, ja wlokę się z tyłu przeważnie ściskając klamki do oporu.
Po tych dwóch niewątpliwych sukcesach mamy małe zaćmienie. Wielki objazd asfaltem wydaje się w porządalu, aby zdobyć pk1, położony na Jaroszowej Górze. Nawet nie chce mi się liczyć ile tam jest poziomic – zdecydowanie za dużo. Tyle, że w międzyczasie następuje zmiana wariantu… Przejeżdżamy przez bardzo ciekawy teren, który ma zostać zatopiony i docieramy do pk2, położonego na górze (a jakże by inaczej) Kurczyna. Z pk 1 w ogóle rezygnujemy. Na szczęście przed nami kawał asfaltu i Ostra Góra (pk3), na którą nie trzeba, wbrew nazwie, aż tyle podjeżdżać. I znów w dolinę i podjazd, a właściwie głównie podejście na Górę Żar (pk4). Zupełnie przestaje mnie dziwić, że w komunikacie startowym zapowiedziano 3000 m przewyższeń.
Kolejny szybki zjazd (udaje nam się ominąć szlaban), przejazd przez jeszcze dwie doliny i już zdobywamy pk8. Po drodze trafiamy na “trening wysokościowy” lokalnych piłkarzy. Tak, tak, grają sobie na położonym na szczycie wypasionym boisku! Nas niestety goni czas. Najdalsze punkty mają krótkie limity i chyba nie zdążymy na pk12.
Na razie jednak jedziemy do Lanckorony, klimatycznego miasteczka, w którym jednak nie dane nam zaznać odpoczynku. Wąskimi uliczkami z jedyną w swoim rodzaju nawierzchnią z kamieni musimy wjechać aż do ruin zamku (pk9). Czemu te wszystkie cholerne zamki budowano zawsze na górze? Jedynym pozytywnym aspektem jest fajny zjazd rynienką ściekową, który zaliczam w drodze w dół. Przelot na pk10 jest banalny, jednak tereny piękne, jesienne żółte brzozy i takie tam klimaty. To tutaj prawie zderzamy się ze zjeżdżającą z góry czołówką stawki i o mało co nie spadamy z rowerów z wrażenia.
Na pk10 trwa biesiada. Spotykamy tam zawodników, którzy mają termos z kawą (!). My nic już nie mamy. Jakieś resztki batona wydłubuję z tylnej kieszonki, wypijamy prawie całą wodę. Zjeżdżamy do Harbutowic z ciekawym wariantem na azymut przez las. Tam Tomek kupuje wodę, a ja w międzyczasie poznaję lokalsa, który trochę nieskładnie opowiada mi o pięknie okolicy i w ogóle o życiu. Przed nami chyba najciekawszy pk13 – Cisy Raciborskie, pomnik przyrody. Tu mały quiz – zgadnijcie, czy cisy posadzono w dolinie, czy na górze? W każdym razie cisy robią wrażenie, więc siadamy sobie na ławce, aby trochę je popodziwiać i znajdujemy… kanapki! (we własnych plecakach). Limit pk12 właśnie mija. A szkoda, bo wielką miałam chętkę na przejazd ciekawym grzbiecikiem. Ale jak to się mówi “nie można mieć wszystkiego”. Musimy zadowolić się pk11. To już przedostatni pk do zaliczenia. Zaczyna działać magiczne przyciąganie mety. Przyciąganie jest tak silne, że od razu kieruje nas w bezsensownym kierunku, gdzie wcale nie chcieliśmy jechać. Robimy szybką kontrolę prac polowych – pola zaorane, pyry zebrane – znajdujemy właściwą polną drogę i znów przejeżdżając przez piękne miejsca zdobywamy pk11.
Ostatni punkt (pk7) położony jest pomiędzy Mysią Górą a Mysią Przełęczą. Zaliczamy go bez większych już problemów, stąd do mety mamy tylko kawałek – pod górę oczywiście. Niedługo minie limit, Tomek liczy ile jeszcze km zostało, jedziemy, biegniemy, idziemy, znów jedziemy… Oglądam się do tyłu – limit przyciąga i innych. Krótki zjazd po wielkich kamieniach, na którym przepuszczam downhillowców i nareszcie z 85 km na liczniku – meta.
Okazuje się, że poszło nam całkiem dobrze i po pierwszym dniu w mixach, pomimo gigantycznej kary 3 h (za dwa niezaliczone punkty) jesteśmy na… 4 miejscu!
To jednak nie koniec przygód. Tomek zgubił kluczyki od auta, więc czeka nas jeszcze trochę kombinacji. W końcu jednak jest to Odyseja, więc zbyt łatwo do domu trafić nie można. Na szczęście z pomocą przychodzi (przyjeżdża) Maciek, nasz niezastąpiony suport z Krakowa, a Tato Tomka przywozi wkrótce zapasowy kluczyk.
DZIEŃ 2…
…miał być dniem rekreacyjnym. Tym razem startujemy o czasie (!) razem ze wszystkimi. Przed startem nawet rzucamy okiem na mapę, aby wybrać jakieś warianty. O tyle łatwiej, że dziś nie scorelauf, tylko klasyk. Szkoda, odpada trochę łamania głowy, no i jedzie się początkowo w wielkim peletonie, wprowadzając sportowego ducha na uliczki mijanych wiosek.
Początkowo idzie nam świetnie. Szybko jedziemy, jeszcze szybciej Tomek podbija punkty i zabieramy się w dalszą drogę. Pierwsze lekkie zakręcenie po lesie przydarza nam się dopiero przy pk4, gdzie bezskutecznie jeździmy wielką gromadą po lesie, szukając pola (a to pole miało parę hektarów). Następuje szybki zjeździk bardzo przyjemnymi leśnymi drogami bez kamieni i prujemy na łatwy pk5. Tu bez zbędnych ceregieli wybieramy prosty wariant szlakiem. Jednak tuż przed dojechaniem do pk6 postanawiamy spróbować drogi “dla ludzi ciekawych wszystkiego”. A więc na drodze mamy fajne kałuże, głębokie na pół metra, różne tam pnie, gałęzie i inne leśne sprawy. Trochę sobie idziemy, trochę jedziemy – co ciekawe, nie byliśmy tu pierwsi, o czym świadczą liczne ślady opon. Może nie jest z nami tak źle?
W końcu pojawiają się ludzie jadący z przeciwnej strony. To dobry znak – to powinno być gdzieś tu! Hmmm… tyle, że nie ma tu ani śladu jakiegoś pola. W zasadzie mamy być na skraju całego tego lasu. Trochę łazimy po krzakach. Trochę jeździmy to w dół, to w górę. Pola jak nie było, tak nie ma. Punktu też. W końcu zjeżdżamy jedyną drogą w dół. Wbijam się jeszcze gdzieś w las, licząc na to, że może “pole” to zakamuflowana nazwa młodnika. Niestety nie. Przed nami wielkie poręby porośnięte jeżynami. Świetny teren, w którym kryją się sarny i inna zwierzyna. Przejście kilometra zajmuje nam… no nieważne, dużo. W każdym razie gdy w końcu na azymut dochodzimy do właściwego już POLA, to po zawodnikach, których wcześniej goniliśmy, nie ma już śladu.
Trochę smutni jedziemy dalej, robiąc sobie “tour-de-france” szosami, bez większych (większych) problemów robimy w zasadzie resztę punktów. Ostatni punkt jest nad rzeczką, co oznacza, ze tym razem finisz będzie pod górę i to ostro – zresztą znamy już tę trasę (tyle, ze ze zjazdu). Ostatni kawałek po prostu bezwstydnie podchodzimy. Podziwiam tych, którzy wyprzedzają nas mieląc przerzutkami. Tym razem na liczniku tylko 75 km. Po drugim etapie zajęliśmy 8 miejsce z kategorii mix, a w generalnej klasyfikacji spadliśmy z 4 na 6.
PODZIĘKOWANIA…
… dla Organizatorów z firmy Compass za wypasioną imprezę, szacun dla pana Romana, budowniczego tej perfidnej trasy. Gratulacje dla dzielnej konkurencji. I wielkie podziękowania dla Tomka i Maćka za nocny serwis rowerowy ;)
Autor: Ula

Gratuluję wyniku i świetnej relacji, napisanej z uśmiechem bo… mimo całej perfidności trasy chyba większość z nas wspomina ten weekend z uśmiechem na ustach.
— djk71 · paź 7, 12:03 · #
dzięki, mam nadzieję, że następnym razem i logistycznie, i nawigacyjnie będzie jeszcze lepiej ;)
— Ula · paź 7, 13:08 · #
Gratulacje Ula! Fajna, wesoła relacja:) Mnie się ostatnio trzymają ciężkie klimaty.
p.s. A co za metoda szukania PK i grzybów? Powiedz bo i tak kiedyś to z Ciebie wyciągnę:))
Pozdrawiam
— Paweł · paź 12, 22:44 · #
Świetnie się czyta relacje – lekka i przyjemna w przeciwności do trasy ;) Gratulacje za wynik pomimo trudności.
— mavik · paź 18, 17:10 · #
Paweł, nie mogę zdradzić, bo to rodzinny sekret.
Mavik, dziękuję ;) Miło mi bardzo. Już wkrótce relacja z rowerowego Harpa w Redzie.
— Ula · paź 18, 18:55 · #