Nie takie straszne giga - Mazovia w Radomiu

wrz 22, 22:56

W końcu ruszają sektory, my z V. Początek jest niezwykle szybki. Zuza i Kola znikają mi z oczu już podczas objeżdżania lotniska. Wypadamy na asfalty, jakieś wioski, piachy… Kilka wrażeń ze ścigania się na nowej, szybkiej trasie Mazovii w Radomiu, a właściwie w Puszczy Kozienickiej.

Parkuję na jakimś polu pośród brzóz… Jak zwykle mam wrażenie, że przyjechałam strasznie późno, szybko skręcam rower do kupy i daję się porwać nurtowi kolarzy, który zabiera mnie w okolice startu. Nie sposób nie zauważyć mojego Teamu, Plast-Mixu. Nasze czerwono-żółte koszulki z daleka rzucają się w oczy, zaraz wpadam na Jacka i Kolę. Zaczyna się namawianie do złego… Giga, oczywiście. Hm, w sumie – czemu nie spróbować? Na mega nie mam szans na dobre punkty. Powoli decyzja zaczyna kiełkować mi w głowie. To tylko 86 km (a nie, dajmy na to – 100). W sektorze przekabacamy jeszcze Zuzę, więc może będę miała towarzystwo? Dobrze, że Zuza taka młoda, to przynajmniej nie muszę się z nią ścigać. Nasz sprytny Team obstawia wszystkie kategorie.
W końcu ruszają sektory, my z V. Początek jest niezwykle szybki. Zuza i Kola znikają mi z oczu już podczas objeżdżania lotniska. Wypadamy na asfalty, jakieś wioski, piachy. Trasa płaska jak stół. Póki co, nawet bardziej niż u nas w Piasecznie.
Pierwsza przeszkoda to przejazd przez rzeczkę, udaje mi się jeszcze nie zamoczyć butów. Fajnym single-trackiem mijamy malowniczy Zalew Siczki i wpadamy do Puszczy Kozienickiej. Tempo ostre, średnia na pewno ponad 20 km/h, ale mój licznik nie pokazuje tak zaawansowanych statystyk, żebym się nie stresowała.
Rozjazd mega/giga na 26 km witam z ulgą. Raz, że jest tu bufet, dwa, że mogę urwać się z tłumu, który jeszcze nie zdążył się porządnie przetasować. Łapię batona i butelkę z bufetu i już po chwili znajduję się w innym świecie.
Cały peleton skręcił w lewo. Na giga nie zjeżdża już prawie nikt, niedługo minie limit. Gdyby nie strzałki i ślady opon na piasku, czułabym się jak na wycieczce. Przede mną i za mną – nikogo w zasięgu wzroku. I ten stan utrzymuje się przez kilkanaście kilometrów, na których muszę sama motywować się do utrzymania jako takiego tempa. Musiało być ono całkiem niezłe, bo w końcu w okolicy 40 km nareszcie dostrzegam kogoś przed sobą. Po różowym stroju sądzę, że to jakaś dziewczyna. Daje ostro, kilka kilometrów zajmuje mi zbliżenie się do niej, a wyprzedzam ją dopiero podczas pokonywania kolejnej rzeczki w bród. Chwilowo jestem z przodu, ale nie na długo. Beata wyprzedza mnie już wkrótce, potem jedziemy razem, trzymając naprawdę niezłe tempo. Aż się boję, że jadę za szybko, a to dopiero połowa. Oczywiście krótki wywiad, aby ustalić strategię – moja kategoria, ale sektor VI, więc aby ją ścignąć, muszę mieć na mecie minutę przewagi. Widzę, że lekko nie będzie.
Przez kolejne kilkanaście kilometrów jedziemy łeb w łeb. Towarzyszy nam Olek z Radpaku, który pechowo złapał już 3 gumy.
Około 60 km doganiamy Zuzę, która też skarży się na plecy. Próbuję utrzymać tempo konkurentki, zostawiam Zuzę. Niestety po jakimś czasie zaczynają się takie piachy, że odpadam. Beata radzi sobie dużo lepiej, znika w oddali. Po jej ucieczce bardzo trudno mi się zmotywować, znowu zostaję sama, od czasu do czasu spotykając tylko niedobitków, którym przytrafiły się jakieś pechowe awarie. Ciągle myślę jeszcze o tej minucie, którą mam w plecy. Zostało jeszcze ze 20 km, w sumie niedużo, trafiają się nawet kawałki asfaltów, jakieś wydmy w lesie, a także przejście przez kolejną rzeczkę. Kiedy wypadam na otwarte tereny, widzę jakieś osiedla, przestaję myśleć o tych cholernych plecach. Cisnę ile się da, jeszcze kogoś wyprzedzam na końcówce (ale niestety nie Beatę). I wreszcie wpadam na lotnisko. Balony na mecie są z tej odległości maleńkie… Jeszcze runda po trawie, słońce, kurz, wiatr – jak to na lotnisku. I niezastąpiony Team na mecie, piknięcie bramki i można w końcu poleżeć ;)

Dziękuję Kindze i Jarkowi, znajomym z Jedlni, za to, że miałam rano bliziutko na start po fantastycznie przespanej nocy. Dziękuję Koli za namowę do “złego”. Fajnie było, a co tam!

Autor: Ula
Zdjęcie: Plast Mix (Ewa? bo Jacek na zdjęciu…)

ula

---

Skomentuj

  1. Gratuluję lokaty w Radomiu, bardzo dobrze jechałaś, następym razem będzie lepiej.
    Super artykuł, podoba mi się.
    Dziekuję zawodnikowi z nr 627 z Plast Mix za towarzystwo do mety.

    — bedamo · wrz 25, 23:52 · #

  2. Pozdrawiam
    Beata M. nr.1972
    www.swiat-rowerow.pl

    — bedamo · wrz 25, 23:59 · #

 
---