Mijają godziny, Ziemia nadstawia do Słońca coraz to inny zestaw kontynentów. Ale my jesteśmy w cieniu, w ciemności, pośród pagórków w lesie. Widzę nas wszystkich razem. Widzę Piotrka, który wybiega z krzaków z podbitą kartą. Widzę Bartka, który popija coś z camela. Widzę Maćka wpatrzonego w mapę i kompas. Nie pamiętam, co ja robię, może piję od kogoś, patrzę Maćkowi przez ramię albo coś pokrzykuję do Piotrka? Jest 2.00, a może 3.00. Niedługo dzień, tymczasem idziemy drogą wzdłuż skarpy, kończymy nocny etap. Leży tu pień drzewa, tak ogromny, że można poczuć się przy nim niczym hobbit. Po lewej światło księżyca kładzie się na mgłach nad łąkami, z których tu i ówdzie wyłania się samotne drzewo czy płot. Mówię, że to zen-krajobraz. Piotrek mówi, że to nie zen, tylko nuda, i żebyśmy lepiej biegli. Jesteśmy na końcu stawki…
Przed startem zżerają mnie nerwy. Zastanawiam się, co ja tu robię. Pośród prawie iron-manów i ultramakserów, w dodatku będąc kapitanem teamu, zebranego w ostatniej chwili, bo z teamu, który miał początkowo startować została nas dwójka – Maciek i ja. Nigdy nie byłam na tak długiej imprezie, nie mam pojęcia, po ilu godzinach chce się spać, albo ile dam radę przejechać na rowerze w ich tempie, albo czy wystarczy nam wody, którą oddaliśmy na przepaki.
Po BnO startujemy jako ostatnia ekipa z długiej trasy. Już zaliczyliśmy skoki przez płoty i pokrzywy. Teraz rower. Co ciekawego można napisać o takim etapie? Za dnia podbijamy tylko dwa punkty. Spotykamy kilka razy Navigatorię, błądzą od czasu do czasu jak i my. Raz robimy głupotę, jeżdżąc po lesie przecinkami zamiast wybrać okrężny “nocny” wariant i tracimy 20 minut. Koniec tego etapu to piekielna droga. Kilkanaście kilometrów “kocich łbów”, w jednym miejscu zjeżdżam na piach i zaliczam taką glebę, aż dzwoni o kamienie, niosąc echem po lesie.
Noc. Błądzimy, oglądamy jakieś linie energetyczne, Navigatoria razem z nami, ale potem w końcu Maciek zabiera mi mapę i przestajemy mieć problemy. Biegniemy, idziemy, Maciek bierze mnie na hol, Piotrek podbija punkty, wpadam w jakiś trans. Nie chce mi się spać, ale nie zastanawiam się zbytnio nad mapą ani kierunkami. To dla mnie nowość.
Park linowy w Starych Jabłonkach ginie w ciemności, nie widać końca lin. Słychać tylko od czasu do czasu jak ktoś pokonuje najdłuższą, 90-metrową tyrolkę. Piotrka puszczamy przodem – jest najszybszy. Ja wlokę się na końcu, przeżywam kryzys w okolicy “trójkątów”, podziwiam Ewę z Navigatorii, która mnie wyprzedza… Poranny chłód, tankowanie magnezu, ruszamy znów na rower.
Skrót przez bagienko, jeszcze troche szutrów, polnych dróg i jesteśmy na asfalcie. Wyrywamy z Piotrkiem do przodu. Nudne przeloty, w dodatku łapie nas deszcz. Przemakamy, robi się zimno. Im szybciej to zrobimy, tym lepiej. Droga na Grunwald nie istnieje, jest jak w 1410 albo lepiej. Nawet nie wiem, która godzina, przez tą pogodę nie umiem tego określić. Równie dobrze może być 10.00 jak 16.00. Ciemno, mokro, zimno, ponuro, Bartek się trzęsie, jemy ostatnie batoniki.
Szkoła, suche ciuchy, jedzenie. Odżywam, zaczynam wierzyć, że to skończymy – najdłuższe etapy za nami. W drzwiach minęliśmy się z Niezłą Korbą. Navigatoria jest za nami. A więc chwilowo jesteśmy na czwartej pozycji. Może powinnam mieć zegarek, pogonić chłopaków? Jakoś nikt, może poza Piotrkiem, nie pali się do rolek. To tylko 9 km, jeśli droga będzie dobra, to chwila-moment. Asfalt zdążył wyschnąć, jest dość dobry, dziur mało, fantastyczne łagodne zjazdy, na których dokręcamy z Piotrkiem i krzyczymy z radości, aż za którymś zakrętem pojawia się Nadrowo.
Piotrek śpiewa, skacze. Obok pole przekwitłej facelii, jak zastygła lawa, kosmiczna sceneria. Podbiegamy przez las do Swaderek. Tam już czekają kajaczki, kapoczki, wiosełka. Przytomnie zabieramy z przepaku całą wodę i jakieś ciasto, które ratuje nam życie na tym etapie. Etap okazuje się dłuższy niż planowaliśmy. Wpływamy na Marózkę. Skąd tu taka bajkowa rzeczka? Wysokie brzegi, przejrzysta woda, dzikie zwierzątka grasujące na brzegach, czysty fun kajakowania. Piotrek i Bartek szybko znikają z oczu, Maciek pokazuje mi jakieś kajakowe patenty, ale i tak rzuca nas po głębinkach, a od czasu do czasu wpadamy na przeszkody. Jezioro Święte, rzeka Łyna, przenoska. Dlaczego te cholerstwa są takie ciężkie? Patent – robię cumkę z buffa, ciągniemy kajak tak szybko, że musimy biec. Na sam koniec, na ostatnim jeziorze, gdy widzimy już ostatni cypel, prześladuje nas jeszcze wiatr! Obraca nas stale, musimy mocno wiosłować. Piotrek dzielnie walczy, Bartek przysypia co chwilę. Oglądam się do tyłu. Jak daleko jest Navigatoria? Nie widać nikogo, nikt nie wypływa z wąskiego gardła rzeczki.
Przystań. Cała senność odchodzi. Janek z ekipą mają tylko 15 minut przewagi! A więc? A więc będziemy biegli ostatni etap! Zostało nam kilkanaście kilometrów. Maciek dostaje mapę w niepodzielne władanie, i jeszcze Bartka na hol. Tempo nie jest szalone, a może po prostu o nim nie myślę. Przed sobą widzę Maćka i Bartka, obok biegnie Piotrek, jak zwykle niezbyt zmęczony, więc opowiada różne wesołe historie. Patrzę pod nogi, przed siebie, od czasu do czasu na kompas. Nie myślę o dystansie, znów wpadam w jakiś dziwny trans. Nie jest to ani senność, ani zmęczenie, raczej jakiś stan wysokiej koncentracji, dziwny po tych wszystkich godzinach i kilometrach. Wbiegamy na punkt, potem kolejny, nawet nie patrzę na mapę. Maciek wspaniale nawiguje, a my po prostu biegniemy za nim. Powoli kończy się dzień, ale i o tym nie myślę.
Biegniemy wąską ścieżynką wzdłuż brzegu jeziora. Czy dogonimy Niezłą Korbę? Czy ekipa Janka postanowiła przeprawić się wpław, czy będą biegli naokoło – to aż 6 km straty. Nasza decyzja dojrzewa błyskawicznie. To nic, że jest zimno, pada mżawka. Płyniemy! Piotrek, Bartek i ja zrzucamy ciuchy, pakujemy w worki, Maciek płynie tak, jak stoi. Woda zimna, ale to bliziutko, parę minut i jesteśmy na drugim brzegu. Janek był tu tylko 8 minut przed nami, zostało nam 5 km.
Biegniemy. Bartek holowany przez Maćka, Piotrek i ja za nimi. Nawet nie wiem kiedy się ściemniło, wypadamy na szosę krajówkę. Gdzie jest Janek? Przed nami? Za nami? Idą? Biegną? Jak sobie dali radę w tym lesie? Czy nas widzieli? Łapię Piotrka za jakąś gumkę przy plecaku. Asfaltowy podbieg, chłopaki są ze 100 m przed nami. Nagle dostaję do ręki sznurek, który Piotrek wyciągnął ze swoich dobsomów. Widzę tabliczkę “obszar zabudowany”. Ale to jeszcze nie Olsztynek! Nie pamiętam mapy… To Mierki. Ile zostało? Biegniemy naprawdę szybko. Latarnie. Przed nami pusto, za nami nikogo. Maciek nadaje tempo, więc po prostu biegniemy, nie zastanawiając się nad niczym. W końcu upragniona tablica “Olsztynek”… Przed nami cztery osoby z plecakami. Czy nas zauważli? Na razie idą, ale tylko patrzeć, jak zerwą się do biegu. Początkowo zauważają tylko Maćka i Bartka. My niestety jesteśmy kilkadziesiąt metrów z tyłu… Gonimy. Nie wiem, jak to się dzieje – po ponad 200 km mamy prędkość, jakiej pewnie nie powstydziłabym się na jakiejś osiedlowej dyszce. Mijamy tory kolejowe. Marzę o tym, żeby szlaban zamknął się przed nami wszystkimi… Ale nie, wbiegamy na uliczki Olsztynka. Ludzie rozstępują się przed nami. Maciek i Bartek w pewnej chwili wyprzedzają Korbowiczów. Co z tego, gdy my jesteśmy za nimi – Piotrek dałby radę, ale ja nie jestem w stanie podkręcić tempa… Wpadamy na rynek. Niezła Korba przebiega linię mety, a my kilka sekund za nimi.
To było coś! Jesteśmy wariatami. Śmiejemy się wszyscy, wracamy razem do bazy, pijąc miód od orgów.
Podziękowania należą się organizatorom, za wspaniałą atmosferę rajdu, bezbłędną organizację, świetną, przygodową trasę.
Wielkie podziękowania i gratulacje dla Niezłej Korby – Eli, Janka, Maćka i Olka. Dzięki Wam było nie tylko “adventure”, ale i “racing”. Jeszcze się pościgamy ;)
A przede wszystkim dziękuję mojemu fantastycznemu teamowi!
Autor: Ula
Zdjęcia: Agnieszka Walulik i Silne Studio


Ciekawa relacja, ładny debiut w nowym składzie. Trzymam kciuki za Wasze kolejne starty.
— Marcin · wrz 22, 12:22 · #
Szczera relacja. Dzięki za wspólne ściganie. Było fajnie. Mam nadzieję,że będą kolejne razy.
Pozdrawiam.
— Maciej · wrz 24, 00:48 · #