SHERPAS: Kiedy zaczęła się Twoja przygoda z setkami?
LESZEK: W Elblągu w 2003 r. Pojechałem na Harpagana i oczywiście nie miałem szans go ukończyć. Wtedy był to dla mnie dystans niewyobrażalny. Dziwiłem się, że w ogóle są ludzie, którzy to robią. Kompletna abstrakcja! Uważałem, że już 30 km to jest dużo. A potem dowiedziałem się, że człowiek jest w stanie przejść dużo, dużo więcej.
SHERPAS: Problemem nie była zatem nawigacja, lecz dystans?
LESZEK: Dystans, zawsze dystans. Nawigacja nigdy nie była dla mnie większą barierą. Nawigacji człowiek zawsze troszeczkę się uczył na imprezach InO-wskich.
SHERPAS: BnO?
LESZEK: Na BnO też, ale przede wszystkim na tych bardziej turystycznych. BnO to jest jednak inna skala. Dobrzy biegacze z BnO, nie wszyscy, ale część, nie dają sobie w ogóle rady na “pięćdziesiątce”. Typowy biegacz nie liczy odległości, tylko orientuje się według mapy. Ma zakodowane, że wszystko jest na mapie jest. Wszystko! Czyli – jeżeli ma polecieć do drogi i skręcić w prawo, to skręca w pierwszą drogę w prawo. Ale już na “pięćdziesiątce” pierwsza droga w prawo to jest któraś z rzędu w rzeczywistości i tu zaczynają się jego problemy. Oczywiście są tacy, którzy wiedzą o co chodzi, wiedzą, na czym polega generalizacja mapy, wiedzą, że nie wszystko jest. Dochodzą do tego jeszcze błędy na mapie. W końcu tych “pięćdziesiątek” nikt tak naprawdę nie sprawdza.
SHERPAS: A jak trafiłeś na Harpagana? Ktoś znajomy Ci powiedział?
LESZEK: Tak, ktoś ze znajomych mnie namówił. Pojechaliśmy – ja, Andrzej Krochmal i jeszcze dwie osoby z pracy. Przeszedłem wtedy 50 km.
SHERPAS: Która z setek jest Twoją ulubioną?
LESZEK: Skorpion, zdecydowanie. Przede wszystkim jest to jedyna setka, na której znajdując lampion nie można być pewnym, że jest się na dobrym punkcie.
SHERPAS: Tu mogą się popisać dobrzy nawigatorzy. Podobają Ci się punkty stowarzyszone?
LESZEK: Tak. Dla mnie to jest kwintesencja orientacji. Większość ludzi jest szczęśliwa, że znalazła lampion. Ale jeszcze trzeba być pewnym, że to jest właściwe miejsce. Daniel Śmieja, budowniczy Grassora i Nocnej Masakry, ma do tego troszkę inne podejście: tam ludzie nie znajdują nic, nie wpadają na lampiony. Dopiero po określeniu, że jest się w dobrym miejscu, znanym z mapy, zaczyna się oglądać drzewa i czasami, nawet mając dokładny opis od niego, wcale nie jest to proste. Chodzi jednak o to, żeby człowiek idąc drogą, nie wchodził na lampion na zasadzie “widzę punkt i podbijam”. Nie, masz nie widzieć tego punktu! Daniel na przykład podaje azymut, odległość i dopiero musisz go znaleźć, namierzając się od pewnego, znalezionego punktu.
SHERPAS: Wracając do Skorpiona – podoba Ci się najbardziej ze względu na nawigację?
LESZEK: Nie tylko – również teren. Żadne inne zawody nie odbywają się na Roztoczu. A te wszystkie rozczłonkowane jary, to coś, czego na próżno szukać gdzie indziej. Jary na Pomorzu są innego rodzaju. Pod Elblągiem też jest fantastycznie, ale inaczej.
SHERPAS: A jakbyś miał jakiś teren polecić, aby zorganizować nową setkę w przyszłości, jakiego miałbyś faworyta? Coś z gór?
LESZEK: Góry są zbyt wymagające, nie ma zbyt wielu wariantów. Na pewno nie wysokie góry, bywają niebezpieczne. Może jednak ciągle Roztocze, tak mało używane? Tam mi się najbardziej podoba. Wyjątkowo dobre tereny są też koło Wejherowa, doskonała rzeźba.
SHERPAS: Spotkaliśmy się kiedyś na imprezie rowerowej. Wolisz nawigację rowerową czy pieszą?
LESZEK: Jedno i drugie jest dobre, tylko imprez rowerowych jest zdecydowanie mniej, przynajmniej tych długodystansowych. Oczywiście jest RJnO, ale to są bardzo krótkie dystanse. W kategorii wiekowej M-21 w której startuję (pomimo, że to nie moja kategoria) zdarzają się 30-kilometrowe dystanse. Mam taką żelazną zasadę: “czas pobytu na imprezie powinien przekraczać czas dojazdu na nią w obie strony”, więc żadne sprinty mnie nie interesują.
SHERPAS: Ale masz też związane ręce jeśli chodzi o azymuty, a z tego co wiem, to jednak jest Twój “konik”?
LESZEK: Piechura od razu widać na rowerze. To, co on wymyśli, to przechodzi ludzkie pojęcie. Wszystkie te warianty, które są oczywiście krótkie, tylko nie o to w tym chodzi! Tu akurat liczy się możliwość szybkiej jazdy, a nie dystans. Od razu to widać i trzeba się od tego odzwyczajać, jeśli się kiedyś biegało na orientację.
SHERPAS: Masz taką swoją ambicję, żeby stosując oryginalne, krótkie warianty na setkach “oszukać organizatora” i coś urywać z tych 100 km. Jaki masz rekordowy wynik w tej kwestii? Ile najwięcej udało Ci się urwać?
LESZEK: Przeważnie 10 km. Z reguły tyle się urywa. Wydaje mi się, że na Kieracie w tym roku zrobiłem około 90 km. Do końca jednak nie wiem, bo bez rejestracji śladu-”tracka” pomiar nie jest jednak precyzyjny. Człowiek się kolebie czasami, a „track” wychwyci wszystkie te zawahania, sprawdzanie, “obwąchiwanie” terenu, które na mapie jest w ogóle niemierzalne. Na mapie można ogólnie określić długość wariantu i pokazać – “tak poszedłem”. Zresztą, żeby zmierzyć dobrze warianty, trzeba by mieć mapę w skali co najmniej 1:25000. W mniejszej skali błąd osiągnie nawet 10%. Jeśli więc wychodzi mi z pomiaru te 90 km, to w praktyce pewnie zrobiłem 100.
SHERPAS: Czy wydaje Ci się, że z powodu popularności GPS-ów umiejętności nawigacyjne obecnie maleją?
LESZEK: GPS powoduje zidiocenie i ogłupienie ludzi. Typowe przykłady – człowiek wjeżdża w jezioro, bo tak prowadzi droga. Ludzie nie rozumieją, że owszem, GPS ma swoją dokładność, ale mapa jej nie ma. Mapy dopiero od niedawna są robione i kalibrowane pod GPS-a, a poza tym mogą mieć po prostu błędy.
SHERPAS: A jak użycie GPS-ów może się odbić na imprezach na orientację?
LESZEK: Ludzie nie potrafią nawigować, gubią się na zwykłej mapie. GPS daje niestety możliwość nadużyć. Do śledzenia śladu jest jak najbardziej pożądany, bo ma to walor edukacyjny. Jednak w żadnej mierze nie powinno się korzystać ani z mapy wgranej do GPS-a, ani z określania pozycji. Jeśli jesteś bardzo zgubiony, to nawet odczyt współrzędnych możesz wykorzystać, ratują Cię rachunki zrobione obok na kalkulatorze. A jeśli się na przykład wbije w GPS pozycję na punkcie ataku, to: w nocy, we mgle wiadomo gdzie wrócić, a klucząc po jakiś bajorach, grzęzawiskach czy górach – ma się doskonały pomiar odległości, którego być nie powinno. GPS-a na trasie nie powinno się w ogóle wyjmować z plecaka. Natomiast “pluskiewka” rejestrująca sam ślad jest rzeczą idealną, pod warunkiem, że działa dostatecznie długo, żeby nie zmieniać baterii. Organizatorzy wręcz mogliby wrzucać zawodnikom takie “pluskwy“do plecaka.
SHERPAS: Swoją drogą – mogliby wypożyczać coś takiego za kaucją? Przynajmniej na tych większych imprezach, gdyby ktoś był zainteresowany.
LESZEK: Na tych imprezach nigdy jeszcze nie widziałem firmy handlującej GPS-ami, która chciałaby zainteresować potencjalnych klientów. Gdyby na imprezę na orientację przyjechała firma, która sprzedaje “tracki”, to ja bym w ogóle nie zastanawiał się, bo mi się nie chce szukać tego po sklepach, i gdyby to było to, czego szukam, to bym kupił od razu.
SHERPAS: Co sądzisz o zegarkowych GPS-ach, służących do precyzyjnego pomiaru odległości? Jeden musi kombinować, liczyć kroki, inny ma sprawę z głowy. Co tu dużo mówić, nie mają równych szans?
LESZEK: Moim zdaniem na zawodach na orientację nie powinno się w ogóle używać łączności satelitarnej. Idziemy tradycyjnie, z kompasem. Wydaje mi się, że GPS-y mogą to wszystko zniszczyć. Pomiar prędkości i odległości – niby nie ma tu czego zarzucić. Niektórzy na przykład używają takich liczników na rowerze i mieliby problem – musieliby kupić specjalnie na zawody licznik starego typu. Niekiedy liczniki są w ogóle wymagane jako potwierdzenie przejechania jakiegoś odcinka. Ale rozmaitość urządzeń i funkcji może prowokować do nadużyć.
SHERPAS: Czyli nie jesteś zwolennikiem nowinek technicznych?
LESZEK: Nie, nie zgodzę się z tym. Nowinki są ok, powiedzmy na wyprawie rowerowej, ale wypaczają sens zawodów na orientację. Tutaj użycie niektórych jest po prostu nieuczciwe. Gdyby mieć włączonego GPS-a, to można by uniknąć wielu błędów na trasie.
SHERPAS: Dziękujemy za rozmowę i życzymy dalszych sukcesów!
Przepytywali: Ula & Marcin
Zdjęcie: Marcin (Brugi Winter Trophy)

