Wszystko zaczęło się na pk4.pl. Autor bloga Grzesiek Łuczko ogłosił nietypowe zawody – bieg korespondencyjny. Niedziela 23 sierpnia, od północy do północy, na wszystkich stadionach świata, na dystansie 10 km.
Siadam nad kalendarzem i kombinuję. Cholerna kolizja dat! Akurat tego samego dnia mam Mazovię w Mławie. Jak pogodzić dwie imprezy, zjeść i cukierek, i papierek? I wtedy zaczyna powoli kiełkować szalona myśl – a gdyby tak pobiec o północy? Czyli tak trochę w sobotę, ale jedną nogą już w niedzielę? I tu kolejny problem – nasz wioskowy stadion otwarty jest tylko do 22.00.
W przeddzień biegu robię sobie wolne, tylko godzinka rolek. Około 19.00 idę pogadać z ochroniarzem. Rozmowa jest ciekawa, ale nie mogę jej przytoczyć, obiecałam ;) W każdym razie stanęło na opcji “skok przez płot”.
O 20.00 telefon do Bartka. Lekkie zaskoczenie, klaruję co i jak. Okazuje się, że dopisało mi szczęście. Bartek miał dziś w planach pobiec 25 km w pucharze Maratonu Warszawskiego. Niestety z powodu perypetii z kluczami nie udało mu się. Jest zatem niewybiegany i chętny na nocne szaleństwa. Przyjeżdża wkrótce, pełen spontan.
Nastały noce sierpniowe, przyjemnie chłodne, nie tak upalne jak w lipcu. Punktualnie o północy forsujemy płot. Już po chwili jesteśmy na niebieskim tartanie. Adrenalina, tętno samo skoczyło nie wiedzieć od czego. Wokół noc, ciche uśpione osiedla. Tylko w pobliskim barze odgłosy imprezy. Od strony ulicy zasłaniają nas tuje. Światełka świecą gdzieś w oddali. Startujemy, każde z nas łapie za stoper. Bartek wyrywa do przodu, a ja próbuję się zorientować, w ile sekund robię jedno kółko. Do tego liczenie okrążeń na głos – nasza króciutka bieżnia ma tylko 200 m. Jak łatwo policzyć, musimy przebiec tych kółek aż 50! Po jakimś czasie mam wrażenie, że lewa noga mi się skróciła, a prawa wydłużyła, dostosowując się do tych ostrych łuków. Ale nie zmieniam kierunku.
Bartek dubluje mnie kilka razy, pędzi jak antylopa, długimi susami, widzę jego białą koszulkę w ciemności po drugiej stronie bieżni. Początkowo biegnę tylko tak, aby złamać 50 min. Jednak okazuje się, że z każdym kilometrem mam coraz większy zapas czasowy. Przy 33 kółku pojawia się kot. Płoszę go, a on przelatuje prosto pod nogi Bartka na przeciwległej prostej.
40 okrążenie. Do mety 2 kilometry. Teraz przyspieszam, myślę o innych biegaczkach, które dziś pobiegną. Czuję ich oddech na plecach, próbuję przypomnieć sobie inne finisze i konkurentki. To pomaga utrzymać szalone tempo na końcówce. Bartek już skończył, siedzi na ławce i łapie moje lapy, a ja ledwo mogę już na głos wykrzyczeć numery okrążeń. I w końcu… 48… 49… 50!
Koniec, dopiero teraz patrzę na stoper. 47.30! Nowa życiówka!
Bartek zadowolony – 41.39. To również jego życiówka. Wypijamy przyniesioną wodę, próbujemy zrobić sobie jakieś fotki, ale jest zbyt ciemno. Czeka nas jeszcze skok w drugą stronę, na ulicę. Wracając do domu śmiejemy się z byle czego, w głowach buzują endorfiny, nogi się plączą. Jest fajnie, po prostu fajnie zaczęty dzień!
Autor: Ula
Strona zawodów

Obrys tułowia zajączka jako żywo przypomina ślad z mojego Garmina
— BartekJ · sie 26, 23:44 · #
Tylko nie “zajączka”, dobra?
— Ula · sie 27, 01:20 · #
Hmm, królik? Nigdy tego nie odróżniałem.
Wiem! Krzyżówka królika z liskiem. Krolisek!
— BartekJ · sie 27, 10:41 · #
Super gratuluje!
— Mania · sie 28, 13:11 · #
No ładnie, ładnie Pani Ulu.
CB pozdrawia
jacek
— Jacek · wrz 21, 22:51 · #