WYWIAD: MACIEK WIĘCEK - ULTRAPRZYGODA

lip 25, 11:11

Rekordowy wynik na orienterskiej setce znów pobity – poprzeczka tym razem zawieszona wysoko – równe 11 godzin. Taki czas wykręcił Maciek Więcek, lider Pucharu Polski w Pieszych Maratonach na Orientację, który jako jedyny ukończył w tym roku wszystkie dotychczasowe imprezy. Łatwo policzyć, że przebiegł w nich grubo ponad 700 km. Zapytaliśmy Maćka o tajemnice jego treningu.

SHERPAS: Na początku przyjmij gratulacje za niesamowity wynik na Wielkopolskiej Szybkiej Setce. 11 h – to już czas prawie jak na liniowych setkach. Jak to się w ogóle stało, że zacząłeś startować w setkach na orientację? Jesteś biegaczem, któremu znudził się asfalt, czy ambitnym turystą, który postanowił trochę się pościgać?

MACIEK: Wszystko zaczęło się od Kieratu w 2006 roku i pewnie kiedyś na Kieracie się skończy. Słyszałem wcześniej o biegach na orientację, natomiast nie wiedziałem, że odbywają się marszobiegi na tak długich dystansach. BnO mnie nie pociągało, było za krótkie, za szybkie, a ja w dużej mierze byłem turystą górskim, który szuka przede wszystkim przygody. Siłą rzeczy, chodząc po górach, interesowałem się też mapami. Na pierwszy Kierat namówił mnie kolega, biegacz. Ledwo ukończyłem, z czasem chyba 27,5 h, była to dla mnie droga przez mękę. Nie byłem przygotowany do tak długiego, jednorazowego wysiłku, bo chodząc po górach turystycznie pokonuje się jednak dużo krótsze odcinki. Od połowy trasy strasznie bolały mnie kolana. Zjadłem całą paczkę środka przeciwbólowego, praktycznie do mety dokuśtykałem. Co ciekawe, w którymś momencie przypadkowo rozdzieliliśmy się w nocy i kolega tych zawodów nie ukończył. Na tej imprezie poznałem z kolei Tomka, z którym do dziś się przyjaźnimy i zdarza nam się wspólnie startować.

SHERPAS: Ile setek ukończyłeś i czy ten dystans zaczął Ci maleć? Czy setka staje się dla Ciebie za krótka, horyzont się przesuwa?

MACIEK: W tym roku byłem na 7 setkach, ogółem na 12. Ukończyłem wszystkie, w których startowałem. Dystans jest cały czas długi, ale zmienia się spojrzenie na setki, kiedy zacznie się je biegać. Początkowo startowałem tylko raz w roku w Kieracie i go przemaszerowywałem. Pierwszy raz zacząłem biegać na setce na zeszłorocznym jesiennym Harpaganie – pobiegłem ostatnie 30 km.

SHERPAS: A więc progres zawdzięczasz przede wszystkim temu, że zacząłeś biegać? Czy podnosiłeś równolegle umiejętności nawigacyjne?

MACIEK: Bezdyskusyjnie jest to kwestia treningu biegowego. Na samej nawigacji nie byłbym w stanie skrócić tych czasów dwukrotnie. Na pierwszym Kieracie, na którym ja prawie zdechłem, Paweł Dybek wykręcił jakiś niesamowity czas, coś około 13 h 50 min. Wydał mi się człowiekiem z innej planety. Wielokrotnie podziwiałem też czeskie małżeństwo Hora, którego dawniej nie mogłem dogonić – to ludzie w wieku moich Rodziców. Zacząłem się zastanawiać, jak oni to robią i co mogę zrobić, by podnieść swój poziom. Na początek na pewno trzeba zacząć od nawigacji, bo bez tego się nie ruszy. Na Kieracie zawsze przychodził taki moment, choćby na początku szło się za tłumem, że nagle zostaje się na trasie samemu i trzeba sobie zacząć dawać radę. Jednak skrócenie czasów to przede wszystkim trening biegowy.

SHERPAS: Uważasz się za dobrego nawigatora? Zdradzisz jakąś swoja największą nawigacyjną wpadkę?

MACIEK: Porównując się do najlepszych – na pewno nie jestem tak dobry jak Marcin Krasuski. Ale myślę, że już nieźle sobie radzę. Natomiast jeśli chodzi o nawigacyjne wpadki i problemy, to od razu kojarzą mi się z setkami Daniela Śmiei. Chociażby Grassor – miałem tam kilka wpadek, pomimo, że jestem już w miarę doświadczony. Zrobiłem tam swój najsłabszy tegoroczny wynik, to też o czymś świadczy.

SHERPAS: A jak sądzisz – czy imprezy tak trudne, że nikt nie jest w stanie ich ukończyć z kompletem punktów – jak na przykład tegoroczny rowerowy Grassor – mają rację bytu? Czy jest sens organizować imprezy, które są na granicy możliwości nawet tych najlepszych?

MACIEK: Pewnie, że jest sens. Jeśli chodzi o setki, to pucharowych mamy 10. W tym mamy setki szybkie, jak WSS, na których może sprawdzić się ktoś, kto dopiero zaczyna przygodę z nawigacją (piechur lub biegacz-maratończyk), mamy też trudne, takie jak Nocna Masakra, Harpagan czy Grassor, na których frajdę mają ci bardziej doświadczeni. Nie jestem pewien, czy początkujący ukończyłby Grassora. Harpagan ma wysokie noty jeśli chodzi o trudność nawigacyjną, a i tak przyciąga tłumy. Świadczy to o tym, że potrzebne są i takie, i takie imprezy. Osobiście uważam tylko, że to wielka szkoda, że Grassor pieszy pokrywa się z rowerowym – chętnie spróbowałbym swoich sił także na rowerze.

SHERPAS: Nawiasem mówiąc, masz za sobą już jeden start rowerowy – Bike Orient. Jak Ci się podobało? Jak radziłeś sobie z nawigacją?

MACIEK: Doświadczenie niesamowite – pierwsza nawigacja rowerowa w życiu. Nie wiedziałem, że jest aż tak duża różnica w nawigacji pieszej i rowerowej. Zupełnie inne są priorytety wyboru wariantów i inaczej też uciekają kilometry. Gdybym teraz miał wystartować, to poszłoby zdecydowanie lepiej (mam nadzieję, że nie spóźniłbym się też na start i sensowniej przygotował rower ;) ). Z wyniku nie jestem zbyt zadowolony, natomiast z przeżytej przygody i zebranego doświadczenia – bardzo! Przygoda w tym wszystkim jest dla mnie najważniejsza.

SHERPAS: A więc startujesz głównie dla przygody? Czy jesteś uzależniony od długich dystansów?

MACIEK: Element przygody w tym wszystkim jest dla mnie najważniejszy. Na Bike Orient było naprawdę fajnie i ciekawie. A uzależniony jestem raczej od wrażeń, które się z imprezami na orientację wiążą. To długotrwała walka z samym sobą. Trzeba organizm zmuszać do wysiłku, wywierać presję na ciało, żeby przesuwało tę ziemię pod stopami. Kiedy zaczynałem chodzić na setki, była to też walka z bólem. Teraz wszystko rozgrywa się w sferze zmęczenia, wyczerpania, czasem dochodzi lekki ból mięśni. Gdybym jednak miał podać jeden motyw, którym się kieruję, byłaby to przygoda. Nieustanny kontakt i walka z naturą, przedzieranie się przez krzaki, bieganie po różnych bezdrożach, po piaskach, zbieranie pajęczyn nocą na twarzy.

SHERPAS: A rywalizacja z innymi? Aspekt sportowy?

MACIEK: Lubię to również, oczywiście, ale nie jest to najważniejsze. Może zaskoczy to, co powiem, ale na początku imprezy nie interesuję się za bardzo swoją pozycją. Dopiero w okolicach połowy zaczyna mieć to dla mnie znaczenie. Początek to rozbieganie, rozkręcanie. W okolicach 30., 40. czy 50. kilometra zaczynam czuć, że “wchodzę” w tę setkę i zaczyna się ona układać, maszyna pracuje, a ja czuję, na co mnie stać. Wtedy zaczynam się interesować, który jestem, czy mogę coś poprawić.

SHERPAS: Ale czasem jest tak, że przez długi czas nikogo nie widzisz i nie masz możliwości tego sprawdzić. Czytałam relację Pawła Pakuły o Waszym niesamowicie zaciętym finiszu na Ełckich Roztopach, kiedy wszystko rozegrało się na ostatnich kilometrach. Lubisz taką bezpośrednią rywalizację, kiedy spotykasz konkurentów na trasie? Czy wolisz być sam i po prostu robić swoje, na tyle, na ile Ciebie stać?

MACIEK: Tamta rywalizacja była fantastyczna i bardzo mobilizująca. Trzeba jednak uważać, żeby zachować rozsądek, nie poddać się pragnieniu natychmiastowego dogonienia kogoś. To jest jednak długi dystans, na setce doganiać kogoś można przez 10-20 km. Na Ełckich Roztopach po prostu nie dałem rady. Paweł napisał zresztą świetną relację. Miałem jednak wrażenie, że wydawało mu się nieuniknionym, że go dogonię. Pomimo, że robiłem co mogłem, to jednak się nie udało, Paweł był wtedy lepszy, miał więcej siły.

SHERPAS: Tam, gdzie możliwości fizyczne osiągają swoje granice, ciało zaczyna się buntować, twarda psychika i koncentracja na wyniku mogą “zajechać” organizm. Masz taką blokadę wewnętrzną przed tym, czy zdarza Ci się wbrew rozsądkowi walczyć do upadłego? W ogóle jak oceniłbyś – na ile 100 km kończy się głową, na ile nogami? Chodzi mi o głowę rozumianą jako siedlisko siły człowieka.

MACIEK: Siła zdecydowanie siedzi w głowie. Nie miałem sytuacji, żeby ciało odmawiało wyłącznie z przyczyn czysto fizycznych (krańcowe wycieńczenie czy kontuzja), to jest raczej walka z psychiką, z przemożną pokusą odpuszczenia sobie, zwolnienia, zatrzymania. Na WSS była taka sytuacja, że nie byłem pewny, czy prowadzę – przy jednym z punktów straciłem z oczu Michała Jędroszkowiaka. I być może ten niepokój, który miałem do samej mety, pomógł mi uzyskać tak dobry wynik.

SHERPAS: Po wpisie Pawła rozpoczęła się dyskusja na temat zasad fair-play, na przykład przy okazji zdradzania konkurentom położenia punktów. Jakie jest Twoje zdanie na ten temat? Pomagacie sobie czasem?

MACIEK: Na pewno wszyscy gramy fair, dobrze się znamy. Poznawaliśmy się w ogniu walki. Bardzo wysoko cenię swoich konkurentów. Żadne zachowania nie fair nie wchodzą w grę. Na Kieracie na przykład biegliśmy wspólnie z Michałem, odkąd się spotkaliśmy. Zaczęło się od miłej pogawędki, a potem ostro napieraliśmy do końca. Na Ełckich Roztopach sprawa wyglądała inaczej – szukaliśmy z Pawłem wspólnie jednego punktu, każdy wedle swojej koncepcji. Pomysł Pawła okazał się lepszy, znalazł punkt i wybiegł z niego szybciej. Przewaga tych kilku minut utrzymała się aż do mety, jednak gdyby Paweł nie podpowiedział mi położenia punktu, to różnica między nami mogła być znacznie większa.

SHERPAS: Kończysz setki z czasami, które wymagają przebiegnięcia sporego odcinka, jak nie całości. Nie boisz się, że tak częste zaliczanie takiego dystansu jakoś odbije się na Twoim zdrowiu? Spotkałam się z opinią, że nawet zwykłe maratony należy biegać nie za często. Czy jest trening, sposób regeneracji, który pozwala bez kontuzji kończyć 100 km?

MACIEK: Bieganie na pewno obciąża bardziej niż chodzenie. Jednak według mnie kluczowa jest tutaj intensywność wysiłku. Maraton 42-kilometrowy pokonywany w czasie około 3 h jest to dużo większa intensywność, obciążenie w sensie kardiologicznym i ortopedycznym. Maraton to dłuższy krok, twarde podłoże. Ultra to rozłożenie mniej intensywnego wysiłku w dłuższym czasie. Dochodzi do tego nawigacja, dzięki której nie pokonuje się tego dystansu jednym ciągiem. Praktycznie nie ma tu jednego tak długiego fragmentu biegowego, jakie są na maratonie. Co kilka kilometrów następuje jakieś zwolnienie, czasem chwilowy marsz, całość pokonuje się na zdecydowanie niższym tętnie. Gdybym miał porównać wpływ na zdrowie maratonu i setki, to wydaje mi się, że maraton może odbić się na zdrowiu bardziej niekorzystnie. Dobry trening może zminimalizować złe skutki setek. Obecnie pomimo tak intensywnych startów nie czuję po ukończeniu setki żadnego bólu, żadnych problemów ze stawami, więc chyba trening procentuje. Krytycznym sprawdzianem dla mnie w tym roku był Rzeźnik – sporo zbiegów (które jak wiadomo mocno obciążają stawy), ale jedynym skutkiem był ból mięśni ud, natomiast ortopedycznie czułem się świetnie. Może to też kwestia butów – biegam teraz w butach może o trochę gorszej trakcji, ale z lepszą amortyzacją. Wydaje mi się to lepszym kompromisem na długi dystans. Wielką radość daje mi to, że dzięki treningowi poprawia się stan, w którym kończę zawody. Jeżeli nic mi nie jest, nie czuję bólu mięśni, nie mam żadnych innych kontuzji, to czy jest to niezdrowe? Cieszy mnie to, że mogę stale startować, nie potrzebuję długiej regeneracji. Kiedy kończę setkę w weekend, to w poniedziałek normalnie biegnę do pracy.

SHERPAS: Od początku roku byłeś na wszystkich dotychczasowych setkach zaliczanych do Pucharu Maratonów Pieszych na Orientację. Wiadomo, że rozgrywane są na różnym terenie, w różnych warunkach pogodowych. Na jedne przyjeżdża 20 osób, na inne 400. Która z nich najbardziej Ci się podobała, była najciekawsza, najtrudniejsza? A przede wszystkim która dała Ci najwięcej satysfakcji – czy jedna z tych, które wygrałeś?

MACIEK: Ile mam czasu na odpowiedź? (śmiech) Każda setka była wyjątkowa. Mój największy entuzjazm wzbudza Rajd Dolnego Sanu organizowany przez Huberta Pukę. Świetna atmosfera, kameralność, w dodatku bardzo fajna pora roku – przedwiośnie. Trochę wody w lesie, trochę śniegu, ale zaczynało się czuć świeżość w przyrodzie. Wschodzące słońce – akurat biegłem z punktu, którego długo szukałem, na południe. Wspaniałe uczucie, gdy słońce rano ogrzewa twarz. No i była to moja pierwsza wygrana, po całkowicie samotnie pokonanej trasie. A potem bardzo fajne czekanie w bazie, na kolejnych zawodników. Hubert dzwonił, a my śledziliśmy w napięciu wieści z trasy, podczas gdy na zewnątrz zmieniały się warunki, nadszedł wieczór, a wraz z nim mgły.

SHERPAS: A najtrudniejsza setka?

MACIEK: Nawigacyjnie zdecydowanie Grassor – świetna formuła, wielka szkoda, że to jedyna taka impreza w roku. Formuła stopniowego odkrywania kolejnych punktów, która niesie ze sobą niesamowity element przygody, a do tego trudność tras Daniela. To nie są punkty, do których dochodzi droga. Tam trzeba wbić się w las i porozglądać dobrze dookoła, przeczesać krzaczory. Warianty też nie są oczywiste, zagwozdką jest wybór kolejności punktów, a czas leci i myśleć trzeba w miarę szybko. Jako drugą pod względem trudności nawigacyjnej oceniam Nocną Masakrę 2008, w formule scorelaufu. Trudności na imprezach Daniela dodają bezobsługowe punkty, lampiony nalepione z tyłu drzew. Można przejść 2 m od punktu i go nie znaleźć.

SHERPAS: A pod względem warunków?

MACIEK: Skorpion! Kolejna wyjątkowa impreza. Na pierwszej pętli nie udało mi się napić ani łyka – wszystko zamarzło. Buty rozerwał mi mróz – po czwartym punkcie wyglądały bardziej jak sandały – z przodu został pasek, który coś tam trzymał, a w miejscu, gdzie zgina się stopa to wyrywałem lód z siateczek z fragmentami materiału. Kiedy rozpiąłem kurtkę, okazało się, że od wewnątrz mam szron. Kurtki miałem w ogóle nie brać – tu zasługa Tomka, który przemówił mi do rozsądku. Przy -18 stopniach ciężko rozgrzać się w biegu w samej letniej koszulce… Pod względem psychiki była to najbardziej wymagająca impreza.

SHERPAS: No i najszybsza, szybka nawet z nazwy – WSS.

MACIEK: Słyszałem głosy na temat WSS, że była nieciekawa, że zbyt łatwa. Dla mnie to również wyjątkowa impreza. Najmocniejsza biegowo, istne szaleństwo. Robiłem na niej to, co na wszystkich poprzednich setkach – starałem się przeloty biec, ile się da, dopóki szukanie punktu nie wymusi marszu. Punkty wskakiwały w miarę szybko, więc ta setka zamieniła się w jeden, praktycznie ciągły bieg. Może pierwsza pętla upłynęła trochę bardziej towarzysko, rozmawiałem z Michałem, z Marcinem, z Grześkiem. Ale druga pętla była już rzetelnie przebiegnięta, przez co było to mocne doświadczenie dla organizmu. Nie planowałem takiego wyniku, więc było to też poznanie własnego organizmu. Dałem z siebie bardzo dużo. Nie jest to łatwe, bo w głowie ciągle pojawia się pokusa, żeby zwolnić. Musiałem się zmuszać do trzymania wysokiego tempa. Podsumowując rozmaitość setek na koniec dodałbym Kierat, do którego mam olbrzymi sentyment. Jedyna górska setka. Cokolwiek w roku by się nie działo, jaka by nie była konstelacja imprez, to Kierat zawsze chciałbym zaliczyć.

SHERPAS: Czujesz presję na wyniki?

MACIEK: Oczywiście, że tak. Dawniej to była presja, którą sam sobie narzucałem. Związana z tym, że się trenuje, pracuje nad sobą i chciałoby się ten wysiłek uwieńczyć wynikiem, postawić kropkę nas “i”. Teraz doszła do tego dodatkowa presja, pomnożona co najmniej przez dwa, czyli presja wyników – nie wypada dać plamy. Odczuwam stres, ale tylko do momentu, gdy pada sygnał startu. Potem zaczynają się zawody, zaczyna się inny tok myślenia, zaczyna się robić swoje.

SHERPAS: Myślisz o startach w rajdach przygodowych? Z takimi wynikami na setkach mógłbyś być “łakomym kąskiem” dla wielu teamów. Jednak tam dochodzą inne dyscypliny, liczy się też współdziałanie w zespole. Widzisz siebie w tej dziedzinie?

MACIEK: Jeśli chodzi o współdziałanie, to jak najbardziej. Są pewne niszowe dyscypliny na rajdach, w których na razie widzę swoją słabość. Trzeba oswoić rolki, poprawić pływanie wpław, poćwiczyć zadania linowe. Ale fundamenty dyscyplin rajdowych mam.

SHERPAS: Twój start z Pawłem w Biegu Rzeźnika to było Twoje pierwsze doświadczenie działania w zespole?

MACIEK: Tak. Czytałem relację Pawła, znam jego odczucia. Momentami denerwowało go to, że nie biegliśmy ściśle koło siebie, pomimo że starałem się szanować limit 100 m. Jednak na tej trasie są miejsca, gdzie przy tej odległości nie widzi się partnera – zakręty, górki, krzaki. W moim odczuciu jednak odległości były pod kontrolą i wynikały z różnej taktyki biegu. Ja szybko zbiegałem, na podejściach puszczałem Pawła przodem. Może dlatego on za mocno cisnął na podejściach, chciał wypracować większą przewagę. A ja chciałem optymalnie rozłożyć siły, korzystając z techniki na zbiegach. Zdaję sobie sprawę, żę chwilami mogło to Pawła irytować. Muszę jednak przyznać, że walczył wspaniale i świetny wynik osiągnęliśmy dzięki niemu. Paweł stoczył walkę z kryzysem, pokazał niesamowity hart ducha. Jak na te przejścia, które mieliśmy, wynik uważam za rewelacyjny (6 miejsce – przyp. red.). Jestem zachwycony tym pierwszym zespołowym startem, wynikiem, samą imprezą. Paweł pokonał wszystkie “demony”, o których wcześniej pisał w swoich relacjach. Między innymi chodzi o odporność na deszcz, o którym już przed startem mówił mi, że odbiera mu wolę walki. A przecież zaczynaliśmy w ulewnym deszczu, w dodatku po ciemku! A potem deszcz sączył się przez połowę trasy. Starałem się też Pawła motywować, w jakiś sposób mu pomóc. To też jest zdobywanie doświadczenia, w jaki sposób to robić. Na przykład czy bardziej motywujące jest, gdy biegnie się trochę z przodu, czy obok.

SHERPAS: Najciekawsze dla wielu osób pytanie zostawiłam na deser. Zdradzisz swoje treningowe sekrety? Jak dojść do takich wyników w ultra w tak krótkim czasie, jak Ty to zrobiłeś? Jak zacząłeś trenować?

MACIEK: Na początku po prostu sobie biegałem. Zaczynałem chyba od 15 km, 3 okrążenia wokół osiedla, z tym, że nie codziennie, mniej więcej co trzeci dzień, bo nie dawałem sobie rady czasowo. Celem była lepsza kondycja do maszerowania na setkach. Początkowo ten trening zajmował mi bardzo dużo czasu – 1’45”. Później zwiększyłem dystans do 20 km, jednak przy podobnej częstotliwości. Wstawałem przed 5.00, żeby się ze wszystkim wyrobić. Po jakimś czasie miałem tego dość, bo miałem problem z ułożeniem sobie dnia. Później wpadłem na genialny pomysł, żeby po prostu biegać do pracy. Odstawiłem rower i regularnie, dzień w dzień, od poniedziałku do piątku zacząłem biegać do pracy i z pracy po 10,5 km. Zrobiło się fajnie – bieganie wkomponowało się w dzień, nie kosztowało dodatkowego czasu, bo przecież do pracy i tak trzeba dotrzeć, a bieg zajmował mi niewiele więcej czasu. Nareszcie poczułem, że coś z tego może być. Pobiegałem tak z miesiąc i wybrałem się na Harpagana. Większość czasu szliśmy z Tomkiem, który w pewnym momencie zrezygnował, a że czasu do limitu zostało mało, postanowiłem wtedy sprawdzić, czy treningi coś dały. Byłem zachwycony ostatnim przebiegniętym odcinkiem – ponad 30 km prawie ciągłego biegu. To był przełom. Uwierzyłem, że systematyczny trening daje efekt i że ten kierunek jest dobry. W weekendy robiłem dłuższe wybieganie, 30 km. Dużo biegłem na Nocnej Masakrze, z tym że sporo czasu zeszło mi na szukanie punktów, więc czas nie był w sumie rewelacyjny. Od tej pory systematycznie, bez względu na pogodę, porę roku, biegam do pracy. Jeśli mam jakieś objawy przetrenowania (najczęstszy objaw to podobny czas, ale wyższe tętno na tej samej trasie), to nie jest to dla mnie nigdy powód do zaprzestania treningów, tylko kombinuję, jak pomóc organizmowi w regeneracji. Wydaje mi się, że objawy przetrenowania w cyklu treningowym są tym, czym kryzys w trakcie zawodów – organizm stara się walczyć z przemęczeniem. Pewnie wielu trenerów by mnie ochrzaniło za moje podejście i wygoniło na odpoczynek. Wydaje mi się jednak, że zupełnie inaczej trzeba patrzeć na trening do maratonu, a inaczej trening do ultra. Popularne książki jak “Biblia treningu kolarza górskiego” czy “Biegiem przez życie” prezentują trening przygotowujący do krótszych, kilkugodzinnych imprez. Stawia się na siłę, intensywność, wydajność wysiłku, a to są elementy, którym przetrenowanie nie sprzyja. Wytrzymałość jest w nich natomiast drugoplanowa. Przy treningu ultra powalczenie z lekkim przetrenowaniem może być korzystne.

SHERPAS: Ile czasu zajmuje Ci dotarcie do pracy?

MACIEK: Każdorazowo bieg trwa od 43 do 50 minut i nigdy nie biorę nic do picia, niezależnie od pogody. Zawsze biegam z plecakiem, co wynika ze względów praktycznych, bo zawsze coś muszę ze sobą wziąć, ale też ze względów treningowych – w ten sposób przyzwyczajam się do biegania z plecakiem. Technika jest trochę inna, co można zaobserwować czasem na zawodach – od razu widać, czy ktoś trenował z plecakiem, czy bez. Biegnąc z plecakiem powinno się trzymać tułów w miarę nieruchomo, rekompensując równowagę bardziej zamaszystymi ruchami rąk. Przy krótkim biegu bez plecaka pojawia się pokusa, żeby wydłużać krok skrętem bioder. Nie jest to jednak dobra technika przy długim dystansie, jest to mniej ekonomiczne. Dodatkowo moja trasa do pracy nie jest płaska. Na 10,5 km mam około 260 m przewyższenia, niestety po twardej miejskiej nawierzchni. Długie wybiegania robiłem w terenie. Podsumowując trening – nie jest ukierunkowany na łamanie czasów na określone dystanse. Nie robię specjalnie interwałów, tempówek. Po prostu ta trasa w sposób naturalny zapewnia mi pewne dodatkowe elementy. Teraz w weekendy koncentruję się dodatkowo na rowerze, staram się robić jazdy po 100 km. Nie traktuję tego jednak jako treningu, podaję dla statystyk. Ja to po prostu robię dla urozmaicenia, lubię wyskoczyć w góry na rower.

SHERPAS: Masz jakieś marzenie o zawodach, w których chciałbyś wystartować? Niekoniecznie mam na myśli już rozgrywane, istniejące imprezy. Jakaś ciekawa formuła, miejsce na świecie lub w Polsce?

MACIEK: Jeśli chodzi o miejsce, to trudno powiedzieć. Dla mnie urok setek polega na tym, że odkrywa się nowe miejsca. A jeśli chodzi o formułę? Może Explore Sweden plus nawigacja z Grassora? (śmiech) To by było coś!

SHERPAS: A Explore Sweden nie jest za krótkie? :)

MACIEK: Tak na poważnie – chciałbym pojechać kiedyś na długie zawody, urozmaicone nawigacyjnie. Jednak takie, gdzie byłby jeszcze sens i możliwość biegania odcinków pieszych. Może rajd Explore Sweden rzeczywiście pod tym względem jest trochę za długi. Tam chyba trekkingów się nie biega. I żeby na tych zawodach było mnóstwo dyscyplin, na przykład łódka z żaglem albo własnoręczne zbudowanie tratwy i pływanie nią. I koniecznie do tego ciekawa nawigacja!

SHERPAS: Z jakim zwierzęciem byś się utożsamił?

MACIEK: Może lew? Może to raczej pragnienie żeby być takim, niż utożsamianie się. Król drapieżników, siła i szybkość, chociaż trochę za leniwe są te lwy, to też moja wada. Ale jakby zobaczyć je w czasie łowów, ich koncentrację i drapieżność, pogoń za zdobyczą, to chyba odzwierciedla to, co się dzieje ze mną na ultra zawodach. W sensie poza cielesnym – to pogoń za własnymi możliwościami, dopadaniem nowych granic, za czymś, co się broni i nie chce się łatwo poddać.

SHERPAS: Serdecznie dziękuje za rozmowę i życzę formy, a przede wszystkim radości ze startów!

Przepytywała: Ula
Zdjęcia: Hubert Puka, Karol Pawłowski

Strona Pucharu Polski w Pieszych Maratonach na Orientację
ula

---

Skomentuj

  1. Świetny wywiad! Przeczytałem z dużym zainteresowaniem. W sprawie rywalizacji, zainteresowania zajmowanym miejscem w trakcie zawodów mam podobny pogląd jak Maciek. Nie ma sensu od początku emocjonować się zajmowanym miejscem. To jest ultra. Najczęściej na zawodach jest całkiem spora grupa osób która nieumiejętnie rozłoży siły i pędzi szybko na początku by później nie ukończyć zawodów. Trzeba mieć świadomość dystansu, poruszać się tak by jak najekonomiczniej pokonać cały dystans. Zajmowane miejsce to sprawa drugorzędna, odgrywająca rolę dopiero w drugiej połowie wyścigu.

    Bardzo interesujący jest też Maćka pogląd o treningu. Szczerze mówiąc zastanawiam się, czy nie spróbować choć częściowo trenować podobnie. Waham się bo jednak trochę boję tego codziennego biegania po twardym asfalcie. Może zdecyduję się na wariant połowiczny? np bieganie do pracy 1 – 2 dni w tygodniu a w pozostałe dni intensywna jazda rowerem? To mogła by być także dobra opcja i chyba mniej ryzykowna.

    Ostatnia rzecz o jakiej chciałbym wspomnieć ociera się trochę o futurologię :) Maciek nie trenuje szybkości, tempa gdyż jak słusznie pisze na 100 km ma ona bardzo drugorzędne znaczenie. W obecnie rozgrywanych orienterskich setkach istotne są tylko dwa elementy: sprawna nawigacja i umiejętność przetruchtania całego lub prawie całego dystansu. Kto jest dobry w jednym z tych elementów może zawody ukończyć ale raczej ze słabym wynikiem. Kto jest dobry w obu ten walczy w czołówce. Tak to wygląda dzisiaj. Może zbyt daleko wybiegam w przyszłość ale sądzę, że w kolejnych latach coraz istotniejszą rolę zacznie odgrywać element trzeci, nowy: bieg określonym tempem. Tak jak ma to miejsce w ulicznych ultra. Oczywiście nie w takim stopniu ale jednak. Trudno utrzymywać tempo w trudnym terenie, biegnąc przez łąki, po gęstym lesie czy po pagórkach. Jednak większość trasy setek przebiega leśnymi i polnymi dróżkami. Sądzę, że jeśli poziom zawodników będzie się podnosił w takim tempie jak dotychczas to coraz istotniejszą rolę odgrywać zacznie umiejętność utrzymania określonego tempa biegu na tych właśnie ścieżkach i dróżkach. Stąd uważam, że znaczenie treningu szybkościowego i tempowego będzie rosło.

    Pozdrawiam serdecznie, jeszcze raz gratuluję Maćkowi wspaniałego wyniku.

    Paweł · lip 26, 13:25 · #

 
---