SHERPAS: Janku, może na początek parę słów o Tobie, Twojej karierze sportowej i ulubionej dyscyplinie, którą, o ile się nie mylę, jest kolarstwo górskie.
JANEK: “Kariera sportowa” brzmi bardzo ambitnie i poważnie. Po prostu od zawsze jeździłem na rowerze i pewnie dlatego jest to moja najmocniejsza dyscyplina. Zaczynaliśmy z Tatą od Family Cup-u. W 1994 r. pojechaliśmy na zawody XC na Kopę Cwila na Ursynowie. Miałem wtedy 7 lat. Udało mi się upolować jakiś pucharek, a potem już jeździliśmy co roku, odnosząc sukcesy w kategorii rodzinnej.
SHERPAS: A jak zaczęła się Twoja przygoda z maratonami MTB?
JANEK: W 2004 r. był Powerade BikeMaraton w Łomiankach, a więc po prostu blisko domu. Pojechałem, wystartowałem, to było nowe fajne doświadczenie. W kolejnym sezonie startowałem w serii maratonów Powerade i Mazovii. Na Powerade w Łomiankach stanąłem na scenie – dekorowano 8 najlepszych. Bardzo mi się to spodobało, że dostaje się nagrody, staje na podium – zostałem “łowcą nagród”. Zaliczyłem 8 maratonów z cyklu i ostatecznie w klasyfikacji generalnej byłem siódmy. Co ciekawe, rywalizowałem tam z Maćkiem Surowcem – znanym napieraczem z rajdów przygodowych. W 2005 r. jeździłem też na Mazovii, w generalce w swojej kategorii byłem trzeci. To był pierwszy rok Mazovii, było bardzo kameralnie, więc na pewno wygrywać było łatwiej. W Żyrardowie na bardzo szybkiej trasie zrobiłem swój rekordowy wynik – średnia 29 km/h. Zawsze jeździłem dystans giga, najdłuższy. Tylko raz zjechałem na mega, w Szczawnie, z powodu defektu. Miałem problem z nowo zaplecionym kołem, obręcz wygięła się na jakimś kamieniu, opona obcierała o ramę, dętka się rozgrzała i pękła, w końcu dojechałem na samej obręczy.
SHERPAS: Podobają Ci się trasy Mazovii? Masz spore porównanie z maratonami górskimi.
JANEK: Zdecydowanie wolę górskie. Mazovie są bardzo szybkie, łatwe technicznie. Wszystko zależy tylko od siły, a nie od tego, jak sobie radzisz np. na trudnych zjazdach lub technicznych podjazdach. Pamiętam maraton w Przesiece – jechałem tam w swoje 18. urodziny. Zaczynał się 6-kilometrowym zjazdem w tłumie ludzi, dużo adrenaliny, niezły kop, potem 10 km podjazdu, można było się zmęczyć, i tak dalej, zjazd-podjazd. Coś się dzieje i wszystko zależy od techniki, a nie tylko od tego jak silną masz nogę i jak mocny “pociąg” złapiesz.
SHERPAS: MTB jest zatem Twoją najmocniejszą rajdową dyscypliną?
JANEK: Tak. Stąd nie boję się, że w rajdach przygodowych coś mnie zaskoczy. Mam po prostu bogate doświadczenie, nie tylko z maratonów. Dzięki Tacie sporo jeździłem w górach, przy każdej możliwej okazji. Zacząłem skupiać się na bieganiu, bo wiem, że w rozwijanie kolarstwa nie muszę w tym momencie inwestować. Kiedy jadę z Olkiem lub z Łucją, to mogę jechać szybciej od nich, a z Tatą jeździmy równo, on trenuje od lat. W ogóle wydaje mi się, że formę wytrzymałościową na rowerze buduje się latami i jeśli ktoś ma za sobą 10 sezonów, to będzie miał najlepszą formę.
SHERPAS: Skoro rozmowa potoczyła się w stronę rajdów, to może parę słów o nowych pomysłach i o Waszym teamie, Niezłej Korbie. Jak to się zaczęło – czy pierwszy był team, czy idea wystartowania gdzieś i dopiero później szukanie chętnych?
JANEK: W 2004 r. w magazynie “n.p.m.” przeczytałem o Lion Winter Challenge, organizowanym przez Pawła Fąferka. Pomyślałem sobie, że goście robią fajne rzeczy. Coś linowego – a wtedy właśnie interesowałem się wspinaniem, jeżdżą na rowerze, no i mają trudne, ekstremalne warunki. W tamtym roku zafascynowała mnie ekstrema i stwierdziłem, że adventure racing to musi być to! Razem z Olkiem, z którym do tej pory działamy w harcerstwie, wymyśliliśmy wtedy rajd dla harcerzy – “Niezłą Korbę”. Początkowo była to więc nazwa imprezy, a nie teamu. Zawody przybrały formułę pseudo-rajdową, zespoły czwórkowe, napieranie w Kampinoskim P.N. Wymagały nie tylko siły, ale też wiedzy i umiejętności. Kolejność startowa została ustalona podczas kwalifikacji na basenie tydzień wcześniej. Sam rajd zaczynał się od toru przeszkód na WAT. Potem rowery, przepak, etap pieszy, a następnie obowiązkowa przerwa 8 h – na sen. Kolejny etap był łatwy nawigacyjnie, ale na punktach trzeba było wykazać się harcerskimi umiejętnościami: rozpalanie ognia, gotowanie, rozpoznawanie roślin, umiejętność rozłożenia dużego namiotu, wiedza historyczna. W ten sposób impreza różniła się od typowych rajdów przygodowych. Było też zadanie linowe oraz inne nietypowe sprawdziany, jak np. pompowanie dętki na czas, które okazało się hitem. Do dziś znajomi wypominają sobie, kto szybciej tę dętkę napompował.
SHERPAS: Ten rajd odbył się tylko raz?
JANEK: Tak. Później stwierdziliśmy z Olkiem, że chcemy więcej sportu, a mniej harcerstwa, pojawił się pomysł stworzenia teamu. Niemal wszyscy znamy się z harcerstwa. Plus mój Tata, wciągnięty do zespołu, bo bardzo mu się to napieranie spodobało.
SHERPAS: A więc Wasze doświadczenie jako teamu jest bardziej terenowe niż sportowe, typu: bieganie, robienie życiówek, ukierunkowane treningi?
JANEK: W zasadzie poza doświadczeniami z MTB Taty i moimi, nie mamy jakiejś “sportowej” przeszłości. Dopiero w tym sezonie skrzyknęliśmy się i zaczęliśmy poważniej trenować.
SHERPAS: Ale startowaliście już w czwórkowym teamie?
JANEK: Byliśmy na Szarpaninie, ale z powodu braku doświadczenia nie udało nam się ukończyć. Rajd był też od strony organizacyjnej nie najlepiej przygotowany. Na przykład zaskoczył nas etap kajakowy, który tak naprawdę był “etapem pieszym z kajakiem”. W ogóle nie dało się płynąć – wąskie, wybetonowane koryto, mało wody i masz płynąć pod prąd – absurd! Daliśmy się “poszarpać”, z braku doświadczenia. Drugi raz podobna sytuacja była na tegorocznym Bergsonie – idziesz z rowerem, bo nie da się jechać, potem schodzisz tą samą drogą. Bezsensowne napieranie, tak jakby ktoś chciał się na nas wyżyć. A ja uważam, że etapy powinny być tak pomyślane, by dało się je pokonać w zaplanowany sposób – kajakowy kajakiem, rowerowy rowerem. Oczywiście można się wtarabanić na jakaś górę z rowerem na plecach, ale nie po to, żeby by go potem tą samą drogą znieść – musi być w tym jakiś sens!
SHERPAS: Jadąc na kolejny czwórkowy rajd będziecie już mieli pewnie inne podejście na samej trasie?
JANEK: Mamy już trochę doświadczeń. Na Zimowym Rajdzie 360 napieraliśmy w dwa zespoły, a więc prawie jak czwórka. Poza tym bardzo dobrze się znamy. Na Rajdzie 360 stopni we wrześniu, na który się zapisaliśmy, trasa ma 200 km – jeszcze nigdy nie ścigaliśmy się tak długo. W tym roku ogólnie zdobywamy doświadczenie i raczej staramy się kończyć rajdy niż ścigać z kimkolwiek. Ale od czegoś trzeba zacząć. Staramy się rzetelnie trenować – Łucja jest mocno zmotywowana i ma teraz nawet trenerkę, która sieka Iron Many i zakwalifikowała się do MŚ w triathlonie.
SHERPAS: Jak myślisz, czy lepiej napierać z ludźmi, których bardzo dobrze się zna, nawet z wyjazdów turystycznych, choć być może nie są wielkimi mocarzami, czy z jakimś wybitnym napieraczem, którego poznaje się przez internet, i o którym niczego się nie wie, może poza życiówką w maratonie?
JANEK: Nie mam takiego doświadczenia, ale bardzo lubię startować z moimi znajomymi, bo po prostu lubimy ze sobą spędzać czas. Właśnie tak powstała Niezła Korba. A jak to jest z napieraniem z kimś mocnym, z kimś z czołówki? Jest to jedno z moich cichych marzeń – dostać od kogoś w kość, wystartować z kimś silniejszym, sprawdzić się, dać z siebie wszystko. Do tej pory, w naszym teamie, byłem chyba najmocniejszy.
SHERPAS: A kto jest u Was motywatorem?
JANEK: Na samej trasie to chyba ja poganiam. A jeśli chodzi o przepaki itp., to w sumie nie musimy się specjalnie motywować. Co prawda mój Tato na zimowym rajdzie 360 stopni usiadł na przepaku, wyjął kanapki i herbatę, i za nic nie mogłem go przekonać, że tak się na rajdach nie robi!
SHERPAS: Może na koniec jeszcze powiedz coś o bardzo sympatycznym rajdzie, który ostatnio zorganizowaliście – rAId 4 – Alternatywna Inicjatywa. Nie ma on wiele wspólnego z Waszym pierwszym rajdem, bo skierowany jest nie do harcerzy, tylko do tych trochę starszych napieraczy.
JANEK: Po tym jak wszyscy w środowisku chwalili nasz pierwszy rajd – Niezłą Korbę – poprzeczka była zawieszona wysoko. Dawno takiej harcerskiej imprezy nie było. Chcieliśmy więc zrobić coś jeszcze lepszego, ogólnopolskiego, niestety nie było komu się za to wziąć, brakowało czasu. Stwierdziliśmy więc, że dla chętnych zrobimy coś innego, zorganizowanego minimalnym kosztem – stąd nazwa “Alternatywna Inicjatywa”. Pierwszy rajd zrobiliśmy z Olkiem w Puszczy Kampinoskiej, którą bardzo dobrze znam. Wziąłem mapę, wymyśliłem punkty, Olek trasę zatwierdził. Praktycznie nic nie sprawdzaliśmy w terenie. Przybrało to wszystko formułę zabawy dla znajomych. Frekwencja na rAId-zie rośnie, od 3 czy 4 zespołów na pierwszej edycji do kilkunastu w tym roku. Na pierwszym rajdzie jeszcze było zadanie polegające na nauczeniu się podczas etapu pieszego “Lokomotywy” Tuwima na pamięć. Harcerze mający doświadczenie w pracy z dziećmi podczas recytacji tańczyli, robili animację. Wyszła niezła jazda, żeby nie powiedzieć – niezła korba…
SHERPAS: Chcielibyście, aby ten rAId się rozrósł? Żeby przyjechało 30 zespołów?
JANEK: Teraz wypada kolej na Olka i na mnie. Chcielibyśmy zorganizować imprezę, na której pojawią się napieracze – bo teraz bardziej nas interesuje prawdziwy sport niż recytacja wierszy. Moim cichym marzeniem jest zorganizowanie dużej imprezy wokół Warszawy – trasa 200 km, prowadząca po lasach wokół Warszawy. Ale organizacja czegoś takiego wymaga już mnóstwa czasu.
SHERPAS: Ale te krótkie, jednodniowe imprezy, jak Lenie w Terenie albo Wasz rAId – są przecież potrzebne? Takie, gdzie dystans zamyka się w 100, a nawet 80 km.
JANEK: Absolutnie są potrzebne, żeby móc się wkręcić w to środowisko. Nikt nie porwie się od razu na 200 km. Trzeba się nauczyć, zdobyć doświadczenie, którego nam na początku tak bardzo brakowało. Gdybyśmy z Tatą mieli obecne doświadczenie na Bergsonie, to prawdopodobnie byśmy naparli całą trasę, a nie dali się na przykład zabić obtarciom. Ta podstawowa wiedza i doświadczenie muszą być gdzieś zdobyte. A pomimo, że przeczytałem całe archiwum Napieraj.pl wzdłuż i wszerz, Sudocrem akurat pominąłem.
SHERPAS: Na koniec pytanie – z jakim zwierzęciem byś się utożsamił?
JANEK: Bardzo fajne pytanie. Ja jestem trochę nadaktywny i mam problemy z koncentracją uwagi. W kreskówce “Skok przez płot” był zwierzaczek, który wypowiada taką kwestię, gdy proponują mu napój energetyzujący “Nie, nie, dziękuję, i tak mnie nosi”. To ja jestem kimś takim, tylko nie wiem, co to było za zwierzątko.
SHERPAS: Życzę zatem sukcesów – zarówno w napieraniu, jak i organizacji. I mam nadzieję, że nie raz się jeszcze spotkamy na trasach różnych imprez lub gdy będziecie siedzieli za ladą w biurze zawodów :)
Przepytywała: Ula
Zdjęcia z archiwum Niezłej Korby
strona Niezłej Korby

