Bike Orient - przez Pilicę i czerwone kałuże

cze 29, 20:50

Perfidny wiatr znów zmienił kierunek. Po kilku godzinach na siodełku nie mam już siły walczyć, a tu zza górki wyłania się kolejna. Przecież to niemożliwe – czy Pilica płynie pod górę? Na sobotni Bike Orient do Ręczna wystawiliśmy liczny, jak na nas, skład – Marcin, Damian i ja, aby zmagać się z nawigacją, pogodą i terenem, które stworzyły fantastyczny przekładaniec z wisienką na czubku. Ta wisienka to przechodzenie Pilicy w bród (dla chętnych nawet wielokrotnie).

Jadę podśpiewując sobie ambitne piosenki disco-polo. Na przykład to, znacie? “Bierz co chcesz, wszystko weź, co tylko mam. Bierz co chcesz, nawet deszcz i z włosów wiatr”. A więc nie miałabym nic przeciwko, gdyby ktoś trochę tego deszczu zabrał. W pakiecie z bonusowym wiatrem.
Po pierwszych kilometrach na mokrych asfaltach mam już mokry tyłek (nadal błotniki uważam za lamerskie, ale chyba w końcu pójdę na mały kompromis, i od czasu do czasu ten tylny przyczepię). Objeżdżam szosami mokre lasy, na liczniku 30 km/h, więc do najbliższego punktu docieram wraz z tymi, którzy skusili się na leśne skróty. Spotykam tu zresztą Marcina i Damiana.

Pierwszy punkt, to już tradycja – żadna nawigacja, tłum ludzi w lesie. Do kolejnego nadal pruję asfaltem – to pk7, położony nad jakimiś leśnymi rowami, które wyglądają na mapie wyjątkowo mało zachęcająco, jakby komuś coś się tam rozlało i rozsypało. Mapa zaskakująca – prawie wszystko się zgadza, jak rzadko, nawet leśne ścieżki są dość akuratne. Mimo to, dojeżdżam nad rowy trochę za wcześnie, a przecież patrzyłam cały czas i na kompas, i na licznik, zgodnie z nowymi przekonaniami, które ostatnio zaczęłam wyznawać! Na punkt docieram tuż za Marcinem i Damianem oraz Jankiem z Niezłej Korby, który nadjechał jeszcze z innej strony. Wesoła trójka zachęca mnie do przekraczania rowów, aby na skróty dostać się do wsi Wykno. A ja, oczywiście, głupio daję się namówić! Już po chwili stoję w bagnie do połowy uda z rowerem na ramieniu i czuję, że zaraz się przewrócę! Wracam, nie ma co z nimi dyskutować. Przekonywać chłopaków, że bez sensu włazić w każde bajoro to tak, jakby zabronić dzikom jedzenia żołędzi. W końcu po to tu przyjechali.
W międzyczasie przestało padać. Spokojnie jadę sobie naokoło i wcale mnie nie dziwi, że spotykamy się na kolejnym punkcie, ukrytym w krzakach nad rzeczką, a potem na jeszcze jednym, na wydmie – nadal wybierając różne warianty. Ha, to skoro tak dobrze idzie, to proponuję, abyśmy pojechali razem nad rzekę, rozejrzeć się za szóstką, przy której widnieje opis “przewóz krypą”. Na asfalcie Damian bierze mnie na koło, niestety Pan Trener Marcin z przodu i tak się nudzi, i narzeka na nasze tempo. Wyprzedza nas gość na ostrym kole. Czego to ludzie nie wymyślą?
Nad Pilicę docieramy bez problemu. Tylko gdzie ta krypa? Oczywiście, zamiast spokojnie się za nią rozejrzeć, daję ponieść się ogólnemu entuzjazmowi do przechodzenia w bród. I kiedy jestem mniej więcej w 1/3 szerokości rzeki, dostrzegam przycumowaną na przeciwległym brzegu pychówkę. Na moje wołania odpowiada miejscowy Pan Kapitan i już po chwili cudna gondola zmierza w moją stronę, a ja okrętuję się wprost z wody. Przewóz chwilę trwa, jednak chłopaki tak długo wcinają arbuzy i banany na bufecie, że spokojnie z Panem Kapitanem wracamy na drugi brzeg równo z nimi.
Znów jedziemy razem. Marcina puszczamy z przodu, a to błąd. Niczym wypuszczony z klatki, jakiś dziki kangur, wybiera od razu dziwny wariant, na którym może nam zaprezentować swój styl pokonywania urozmaiconego leśnego podłoża. Damian i ja gonimy za nim. W pobliżu kolejnego punktu znów nie udaje nam się utrzymać naszej małej grupy w kupie! Chłopcy jadą tak szybko, że przejeżdżają miejsce, gdzie trzeba skręcić. Zostawiam ich swojemu losowi, najwyższa pora. Zjeżdżam koło kapliczki na nadrzeczne łąki i trafiam wprost na punkt. Kiedy wracam, dowiaduję się od spotkanego miejscowego z krowami o kładkę. Jak to się mówi “koniec języka za przewodnika”, a ze spływów Pilicą nie zapamiętałam nadmiaru tych mostków i kładek. Kładka jest, w dobrym stanie, więc po chwili bez problemu przechodzę na drugi brzeg. Nie daję się skusić bliskości pk10, zostawiam go sobie na powrotną drogę, bo od strony wsi Piaski powinien być łatwiejszy do znalezienia.
Znów na asfalcie… Tylko czemu tak wolno? Czuję, że moje tempo zaczęło spadać, a licznik to potwierdza. Zaczyna się kryzys, który z małymi przerwami będzie trwał aż do mety. A jestem przecież dopiero w połowie pierwszego etapu! Pomimo, że staram się regularnie jeść i pić, kiedy jadę polną drogą po kamieniach i kałużach, nie mogę odgonić myśli, że szybciej bym szła! Spotykam Janka, który proponuje wspólną jazdę, ale to kompletnie bez sensu – krzyczę, żeby jechał sam. Kolejny asfaltowy przelot w kierunku Diablej Góry wcale nie idzie mi lepiej. Jadę zrezygnowana przez czerwone kałuże koło kamieniołomu. Nie mogę utrzymać koncentracji na kompasie, mapie i liczniku naraz. Kamieniołom jest bardzo ładny i nawet zatrzymuję się, aby popatrzeć. Piaskowiec ma lekko czerwone zabarwienie, stąd niezwykły kolor kałuż. Zagadka wolnego tempa wyjaśnia się w drodze powrotnej – jadąc 40 km/h mijam zawodników jadących z naprzeciwka, którzy mozolą się tak, jak ja pół godziny wcześniej. Po prostu miałam lekko pod górę i pod wiatr!
Niedaleko wsi miga mi na poboczu Damian w odblaskowej kamizelce i krzyczy, że Marcin złapał gumę. To ostatni raz, gdy widzę ich na tym etapie, ale zupełnie się o nich nie martwię, jakoś sobie poradzą, mają dętki, pompki, skuwacze i cały zestaw “mały majsterklepka od roweru”.
Tak, jak zaplanowałam wcześniej, do ostatniego punktu po tej stronie Pilicy jadę od wsi Piaski. Znajduję go bez problemu (znów zaskakująca dokładność i aktualność mapy!) i ruszam w kierunku Trzech Morgów, gdzie na mapie zaznaczona jest następna kładka na rzece, której jeszcze nie zwiedzałam. Zanim ją osiągnę, muszę przejść przez bajoro do kolan, wymieniając wodę w butach na nową. Kładka… no, jest. Niestety gdyby poprzedniej kładce dać 5 gwiazdek, to ta dostałaby co najwyżej 1 (oczywiście pan od krów coś mówił na ten temat, ale sądziłam, że to niepoważne, ludowe bajanie). Pomimo doświadczenia w pokonywaniu pni, desek, betonowych słupów służących za przeprawy prawie na każdej wycieczce z Panem Trenerem, mam tu pewne problemy, zwłaszcza z utrzymaniem roweru w lewej ręce – w prawej mam stalową poręczówkę, której staram się nie wypuścić. I tak krok po kroku, w SPD, przemieszczam się po tych lichych, śliskich deseczkach, odpoczywając co jakiś czas. W końcu witam zielony ląd, a właściwie żółty od piasku, po którym trzeba się wdrapać na kilkumetrową skarpę. Został ostatni punkt, do którego większość drogi wiedzie nudnym asfaltem. Punkt jest nad Pilicą, na tym właśnie brzegu, co sprawdziłam już na początku planując trasę, bo nie jestem aż takim miłośnikiem pokonywania rzek w bród z rowerem nad głową, jak sądzą ci, którzy znają mnie nie od dziś.
Kiedy do niego docieram, przez bród przechodzą Dorota i Roman. Nie pytam, bo o co tu pytać – skoro tu są, to musi być ich ostatni pk na tej pętli. Nie ma co się grzebać! Wskakuję na asfalt i pruję do bazy ostatkiem sił, licząc na to, że tam choć trochę zregeneruję się.
Okazuje się, że do bazy docieram jako pierwsza z kobiet. Mam komplet punktów i dylemat – zadowolić się zwycięstwem krótkiej trasy czy ruszać dalej, ryzykując, że mocne rywalki objadą mnie na cacy. Przyjeżdża Dorota, która oczywiście za chwilę rusza na drugi etap. Nie podjęcie rzuconej rękawicy byłoby zupełnie niesportowe i wiem, że chłopcy by mi tego nie darowali i co najmniej przez rok nie szczędziliby mi żartów i docinków. Objadam się ciastem i bananami, zmieniam tylko skarpetki i odważnie pobieram mapę na etap 2. Nie ma czasu na przebieranki, i tak zmarnowałam go już sporo.
Nie mając specjalnie siły, bo wcale jej nagle nie przybyło (chociaż ciasto było bardzo pożywne, dziękuję), postanawiam zaliczyć 6 punktów z 9, z których składa się drugi etap. Nawigacyjnie wydaje się dużo prostszy, ale odległości są sporawe. Jadę dość pewna siebie i już przy pierwszym punkcie zaczynają się schody. Moją frustrację potęguje fakt, że parę minut wcześniej z punktu odjechała Dorota. A ja chodzę i chodzę po całym kamieniołomie i punktu po prostu nie ma! Dopiero potem okazuje się, że Wigor, który był tu sporo przed nami, przestawił punkt, choć nie naumyślnie. Zobaczył w lesie przesuwający się lampion, a to za sprawą miejscowego, który go dzierżył w dłoni. Lampion został odzyskany, jednak Wigor nie znał dokładnie zamysłu budowniczego trasy, powiesił więc lampion mniej więcej tam, gdzie powinien się znajdować. Ale raczej “mniej” niż “więcej”… Okrążywszy kamieniołom przez zarośla, wchodzę prosto na punkt. Niestety zwiedzanie, choć gratisowe, to cenne, jakże cenne! minuty.
Kolejne punkty to raczej długie, nudnawe przeloty asfaltami, na których próbuję nadrabiać. Rzadkim urozmaiceniem są spotkania z innymi bikerami – albo stawka tak mocno się rozciągnęła, albo na ten etap wyruszyło nas dużo mniej. Na jednym z punktów spotykam Darka z ekipą, którzy ambitnie chcą zaliczyć całość, więc przyjmują inny wariant, odjeżdżając na dalekie południe. Pięknym punktem jest Góra Lesiaka, choć muszę strasznie walczyć, by ją zdobyć. Nawet nie dlatego, że pierwszy raz mapa zawiodła i skończyła mi się ścieżka. Nie. Ja po prostu nie mam już siły! Pretekst, żeby przejść pieszo kilkaset metrów prowadząc rower wśród łąk i zbóż, nawet mnie cieszy. Zaczynam też gadać do siebie, roweru i mapy. Jednak widok z tej polnej górki na okolicę wynagradza trud. Przede mną rozciąga się wspaniała panorama na dolinę Pilicy, na bliski już Przedbórz i Bąkową Górę. Chciałabym dotrzeć tam jak najszybciej! Z powrotem obieram tę samą główną asfaltową drogę, bez żadnych kombinacji, nie siląc się na finezyjne warianty przez pola. Najprzyjemniejszym momentem jest bardzo długi zjazd od szosy aż nad samą Pilicę, gdzie w ślicznym miejscu na skarpie ustawiono pk12. Taki przelot pozwala prawie wyłączyć myślenie i nieco się zrelaksować. Martwi tylko myśl o tym, że z powrotem będzie pod górę, choć niekoniecznie, bo rzeźba tutaj jest czasem kompletnie zwariowana. Zaczynam więc kombinować, jak pojechać bliżej rzeki, niżej, po równym w miarę terenie. Jakaś leśna droga, z lepszej leśnej kategorii, prowadzi prosto na północ. Docieram nią w pobliże ostatniego punktu, który zamierzam zaliczyć. To grodzisko – ciekawy stożkowaty pagórek górujący nad polami, na którym na wietrze kołysze się lampion zatknięty na tyczce. Nagle czuję jakiś westernowy klimat. To chyba zmęczenie daje o sobie znać. Halo, halo, jeszcze parę kilometrów i meta, pobudka! Podbijam punkt i ruszam przez pole. Strasznie nie chce mi się jechać! Jaka ładna ta łąka, możnaby trochę poleżeć…
Rozleniwia i demotywuje mnie fakt, że skończyłam tak szybko pierwszą pętelkę, że rezygnując z dalszych punktów na drugiej mam jeszcze sporo czasu do limitu. Ale przecież szosą jechały dziewczyny kręcąc niesamowicie szybko (czyżby znowu syndrom górki?). Trzeba jechać, to już koniec, parę kilometrów po dobrych drogach! Do bazy docieram w końcu, gdy bardziej zawzięta część mnie w końcu tłamsi część leniwą, choć nie tak do końca. Jadę na skróty, i choć wiem, że brama od południa na pewno będzie zamknięta, to postanawiam ją sforsować górą, zamiast objeżdżać te kilkaset metrów przez Ręczno. Przerzuciwszy rower i siebie przez druciane ogrodzenie wpadam w końcu na metę.
Tam okazuje się, że na razie jestem pierwsza, mam jednak tylko 16 pk. Nie dziwi mnie specjalnie, że Dorota przyjeżdża mając w garści 18. Ona po prostu jest dużo szybsza i bardzo mocna. Ostatecznie więc zajmuję spośród kobiet drugie miejsce, co uważam za bardzo dobry wynik, biorąc pod uwagę moje fatalne tempo na końcówce.
Na liczniku mam 138 km.
Wczesny przyjazd na metę daje okazję spędzenia czasu w miłym towarzystwie, obgadania wariantów i podzielenia się przygodami. Jest już oczywiście Wigor (miejsce trzecie), jest też Janek (bardzo dobre, czwarte miejsce, wow!) oraz sporo osób, które spotkałam na trasie. Jakieś 40 min. po mnie zjawiają się dzielni Sherpowie – Marcin i Damian. Okazuje się, że pompowanie dętki na czas nie było ich jedynym sprawdzianem z ZPT i majsterkowali na trasie również skuwaczem. Trzy minuty po limicie zjawia się Maciek, to jego pierwsza przygoda z jazdą na orientację, do tej pory zaliczył natomiast wiele pieszych setek. Z powodu problemów z rowerem na samym początku wystartował trochę później niż my, ale i tak poszło mu całkiem, całkiem – bez jednego pk.
Podczas dekoracji pada pytanie – kto najwięcej razy przechodził przez Pilicę. Okazuje się, że najwięksi maniacy kąpieli robili to nawet pięciokrotnie! Nie do wiary. Ja przeszłam tylko 1/3 raza :) i powiem tyle: “chciałam się kąpać, ale rower nie chciał”.

Autor: Ula

Zdjęcie z galerii Karola Pawłowskiego

strona Bike Orient

ula

---

Skomentuj

  1. Fajna relacja, gratuluje wyniku i pozdrawiam.

    Filia · lip 1, 17:05 · #

  2. To ja jestem tym dziwakiem na ostrym kole dzięki za wspólny spacerek ;)

    Flash z Gdańska · lip 6, 08:02 · #

  3. Gratuluję wyróżnienia :)

    Flash z Gdańska · lip 9, 23:03 · #

 
---