Na kilka godzin przed startem Grassora na parkingu przed bazą pojawia się rasowa terenówka z wyciągarką na pace. Wigor właśnie wrócił z rozstawiania punktów trasy pieszej i rowerowej. Błoto na masce samochodu obiecuje nam świetną zabawę na trasie. Nietypowy start w samo południe dał nam szansę odespać nocną jazdę do Białego Boru. Za sobą mamy już rozgrzewkę nawigacyjną. W nocy w miejscu, w którym miała znajdować się baza zawodów znaleźliśmy lampion z mapką lokalizacji nowej bazy. Tym razem na trasę wyruszam w towarzystwie debiutantki setek – Uli, czarnego konia tegorocznego Pucharu Pieszych Marszy na Orientacje – Tadka i weterana tych imprez – Leszka. W drodze do pierwszego punktu towarzyszy nam z aparatem Ania, żona Tadka. Na drzewie odnajdujemy kartkę-lampion z wycinkami mapy sąsiednich punktów i azymutami do nich prowadzącymi. Starannie nanosimy tę treść na nasze mapy i … na ten kolejny punkt wybieramy różne warianty. Ula z Leszkiem będą wybierać najkrótsze warianty po azymutach, my z Tadkiem tradycyjnie trzymamy się pewniejszych, choć często dłuższych tras po drogach. Słońce, ładne krajobrazy i miła rozmowa wypełniają nam kolejne kilometry trasy. Na karcie powoli przybywa nam charakterystycznych dziurek po perforatorach, na mapę wrysowujemy kolejne punkty. W zasadzie nie spotykamy innych uczestników rajdu. Część z nich jest daleko przed nami, jak Maciek, inni pokonują trasę w przeciwnym kierunku. Rozleniwieni łatwymi orientacyjnie wariantami popełniamy pierwszy błąd, wchodząc na niewłaściwą górę w poszukiwaniu punktu. Ktoś go zerwał? Niemożliwe, obok każdego lampionu na pniu znajdują się dwie litery kodu. Nikt ich nie zerwie – są namalowane, no chyba, że wytnie i wywiezie drzewo. A więc, szukamy punktu w niewłaściwym miejscu. To nasz pierwszy tego typu błąd na Grassorze, otwierający wielką serię pomyłek nawigacyjnych. Właśnie gdy zaczynam się poważnie niepokoić o losy Uli i Leszka odzywa się mój telefon. Rozłączyli się, Ula zmęczona szybkim tempem Leszka zeszła do wsi po wodę i zaczeka tam na nas. Spotykamy się pod nieczynnym sklepem w pobliżu byłego PGR-u. Powoli ściemnia się i zbiera na deszcz. W poszerzonym składzie kierujemy się na kolejny punkt, z którego Ula zamierza samotnie wrócić do bazy. Jak na pierwszy raz osiągnęła bardzo dużo – zaliczyła osiem punktów pokonując około 50 kilometrów. My z ufnością kierujemy się w stronę kolejnego punktu, nie przeczuwając jaką poniesiemy klęskę. Zgodnie wkraczamy na szlak zrywkowy, początkowo prowadzący nas we właściwym kierunku. Chwila nieuwagi kosztuje nas dotarcie do krawędzi mapy i długi wariant obejściowy. Pokonujemy w poprzek głęboki kanion Słupii i trafiamy do ukrytego na drugim brzegu lampionu, zarabiając po drodze ekstra kilometry. Zaznaczamy kolejny punkt na mapie, tym razem droga prowadzi do jeziora rynnowego przy zachodniej krawędzi mapy. Wstyd się przyznać do zygzaków, jakie wycinamy po drodze. W końcu dostrzegamy przebłysk tafli jeziora i pewni sukcesu wkraczamy na przesmyk, na którym mamy znaleźć punkt. Opis mówi: drzewo około 10 metrów od brzegu. Nic łatwiejszego, pod warunkiem, że jest się na właściwym przesmyku! Tym razem już na pewno jesteśmy we właściwym miejscu. Zaczynamy przeszukiwać wszystkie drzewa spełniające warunek z opisu, potem też sąsiadujące. Kręcimy się w kółko od 30 minut po powierzchni ograniczonej brzegami dwóch jezior. W końcu zdezorientowany staję i wyciągam batona. Jedząc świecę czołówką po najbliższych drzewach, i dostrzegam przed sobą lampion na pniu! Ale gdzie jest Tadek, straciłem go na chwilę z oczu, a teraz ani go nie widzę, ani nie słyszę. Zdesperowany dzwonię. Tadek odbiera i po chwili staje przede mną, wynurzając się ze strony, z której kompletnie się go nie spodziewałem. Na przeciwległym brzegu zaczyna świtać. Pomimo kolejnych niepowodzeń i spowodowanych nimi strat czasowych, stoimy patrząc się na unoszące się nad wodą mgły. Może dobrze, że tak długo tu zabawiliśmy. W międzyczasie dostaję wiadomość od Uli o jej porażce przy punkcie trzynastym. A więc nie tylko my błądzimy. Idziemy leśną drogą, zataczając się za każdym razem, gdy nasze umysły wyłączają się z odbierania zewnętrznych bodźców. Prawdopodobnie w takim momencie zbaczamy z kursu. Jest już jasno. Nie powinniśmy mieć problemów z namierzeniem punktu na górce, pod warunkiem, że trafimy na właściwą górkę pośród wielu podobnych. Nawet nas nie dziwi, gdy na kolejnych pagórkach nie znajdujemy lampionu. Kilkakrotnie zgadujemy miejsce naszej lokalizacji na mapie, by po chwili stwierdzić, że nie wiemy, gdzie tak naprawdę jesteśmy. Ten punkt ma być jedenastym z kolei, a więc brakuje nam jeszcze siedmiu. Na kolejnym pagórku zrezygnowani siadamy na pniakach i spoglądamy na zegarki. Zostało nam około sześciu godzin do limitu, szanse na ukończenie tej setki są niewielkie. Ten, kto osiągnął taki etap, najlepiej wie, jak łatwo podejmuje się decyzję o rezygnacji. Obaj jesteśmy bardzo zmęczeni ponad 80-kilometrowym dystansem, nieprzespaną nocą i mokrymi butami. Tym razem przegraliśmy, zamiast dyplomu ukończenia Grassora zabierzemy do domu wspaniałe wrażenia ze spędzonych wspólnie dwudziestu godzin.
Autor: Marcin
Zdjęcie: Ania Podraza


Witam,
na rajdzie ta ja deptałem Wam po pietach a Wy mi. Szliśmy tą samą trasą. Niestety, zgubiłem się na “najwyższym szczycie zachodniopomorskiego”. Tam straciłem 2 godziny, dużo energii i dorobiłem się odcisków. Skończyła mi się woda.
Myślę sobie – może szkoda że nie dołączyłem do Was, łatwiej byłoby nawigować razem niż samemu.
Ciekawy opis,
Pozdrawiam,
Krzysiek, miejsce 12
— Krzysiek · cze 29, 14:42 · #